Podróże małe i duże
Zapraszamy w drogę
Zwykle patronami matriksowych turniejów zostają postaci bardzo nobliwe, przeważnie goszczące w przeróżnych podręcznikach. Wyszukujemy ciekawostki, anegdotki, czasem jakiś cytat. To zabawne, ale w jakiś przewrotny sposób łatwiej pisać o tych bardzo odległych – zarówno w czasie, a przeważnie i w przestrzeni – ludziach, o ich wielkich wynalazkach czy odkryciach. Łatwiej niż o czymś bliższym, co mogłoby przydarzyć się właściwie każdemu, kto ma w sobie wystarczająco dużo pasji i determinacji. Tego z całą pewnością nie brakowało patronce naszego najbliższego klubowego turnieju.
Kinga „Freespirit” Choszcz urodziła się 10 kwietnia 1973 roku w Gdańsku. Można powiedzieć, że pasję podróżowania wyssała z mlekiem matki, bowiem jej rodzice zabrali ją w podróż autostopem, kiedy miała zaledwie rok. Tak już zostało. Dorosła Kinga wiele jeździła, poznając najpierw Polskę, a później kraje Europy. Wciąż jednak było jej mało. W tym czasie rower był jej ulubionym środkiem lokomocji. Została polską koordynatorką Wielkiego Milenijnego Rowerowego Rajdu Pokoju, który wystartował 6 sierpnia 1998 roku. Miała wziąć w nim udział. Taki był plan. Los jednak kpił sobie z planów, a Kingę – jak sama mówiła – to on właśnie prowadził przez świat. „Im mniej planów, tym bardziej interesująco” – twierdziła. Chociaż z zamierzeń naszej patronki nic nie wyszło, nadal była pełna determinacji i odwagi. Coś pchało ją w drogę. Kilka miesięcy przed startem Rajdu poznała Radosława „Chopina” Siudę. Razem ruszyli w świat.
Wielka podróż zaczęła się 7 października 1998 roku, kiedy para wylądowała na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku. Ponieważ za większość swoich oszczędności kupili bilety lotnicze, od tego momentu Kinga i Chopin podróżowali autostopem. No, może to „auto-” nie jest w tym przypadku najlepszym określeniem. Przemieszczali się nie tylko samochodami osobowymi, ale też „złapanymi na stopa” ogromnymi ciężarówkami, łodziami, jachtami, a nawet samolotami. To na pewno nie koniec tej wyliczanki, ale nie chodziło przecież o ilość. Najważniejsze były wolność i swoboda, podróż sama w sobie. Kinga i Chopin nie mieli wytyczonej trasy, a ich celem nie były konkretne miejsca. Dawali się ponieść opowieściom napotkanych ludzi czy podwożących ich kierowców, a czasem nawet wiatrowi. Jedyne, czego chcieli, to być w drodze.
Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Boliwia, Peru, Tajwan, Japonia czy Sachalin, gdzie pijany kapitan gościnnie odstąpił im swoją kajutę – nie sposób wyliczyć wszystkich miejsc, w których zatrzymywała się nasza patronka ze swoim towarzyszem podróży. Nie wszędzie byli razem. Kilkakrotnie rozdzielili się w Azji. Z powodu choroby Chopina Kinga dokończyła ich wędrówkę samotnie. 5 września 2003 roku przekroczyła granicę ukraińsko-polską i wróciła do ojczyzny. Pięć lat w drodze, a ją wciąż gnało. Już dwa dni po powrocie zapisała w dzienniku swoje kolejne marzenie: Afryka. Tam jej jeszcze nie było. Trzeba było ruszyć przed siebie. Jak zawsze – bez planu.
W drodze – Maroko, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Nigeria, Gwinea, Sierra Leone… W Afryce Kinga spędzała wiele czasu z dziećmi. Organizowała dla nich warsztaty i konkursy. Uratowała jedenastoletnią dziewczynkę, której dała imię Malaika, co znaczy „anioł”. Zabrała ją do jej rodzinnego kraju, Ghany. Czarny Ląd nie okazał się łaskawy dla naszej patronki. Zapadła na ciężką odmianę malarii – malarię mózgową. 9 czerwca 2006 roku Kinga zmarła w szpitalu w stolicy Ghany, Akrze.
Być w drodze. Nazwy krajów, które tutaj wymieniłam, zbyt wiele o tym nie powiedzą. Kinga i Chopin opisywali swoje wrażenia i to z ich zapisków można więcej dowiedzieć się o tych pięknych wędrówkach. Tak powstała książka Prowadził nas los. Kinga jest również autorką książki Moja Afryka. Za swoją podróż dookoła świata Kinga Choszcz i Radosław Siuda zostali uhonorowani prestiżową Nagrodą Kolosa w kategorii podróże. Afrykańska działalność naszej patronki stała się inspiracją do założenia Fundacji „Freespirit”, którą kieruje matka Kingi.
Oczywiście, książki książkami, ale o urokach bycia w drodze najlepiej przekonać się samemu. No, ewentualnie w doborowym towarzystwie. Całe szczęście, że istnieje podróżna wersja naszej ulubionej gry. Nie pozostaje nic innego, tylko załadować ją do plecaka i... Czy to nie brzmi idealnie? Niestety, nie każdy może sobie na to pozwolić. Ale i na to znajdzie się sposób. Wszystkich tych, których zobowiązania czy inne sprawy zatrzymują w mieście, zapraszam w mniejszą, choć równie fascynującą, podróż. Startujemy o 17:30 w środę w milanowskich „Klimatach”. Widzimy się na miejscu, do zobaczenia!
Kinga „Freespirit” Choszcz urodziła się 10 kwietnia 1973 roku w Gdańsku. Można powiedzieć, że pasję podróżowania wyssała z mlekiem matki, bowiem jej rodzice zabrali ją w podróż autostopem, kiedy miała zaledwie rok. Tak już zostało. Dorosła Kinga wiele jeździła, poznając najpierw Polskę, a później kraje Europy. Wciąż jednak było jej mało. W tym czasie rower był jej ulubionym środkiem lokomocji. Została polską koordynatorką Wielkiego Milenijnego Rowerowego Rajdu Pokoju, który wystartował 6 sierpnia 1998 roku. Miała wziąć w nim udział. Taki był plan. Los jednak kpił sobie z planów, a Kingę – jak sama mówiła – to on właśnie prowadził przez świat. „Im mniej planów, tym bardziej interesująco” – twierdziła. Chociaż z zamierzeń naszej patronki nic nie wyszło, nadal była pełna determinacji i odwagi. Coś pchało ją w drogę. Kilka miesięcy przed startem Rajdu poznała Radosława „Chopina” Siudę. Razem ruszyli w świat.
Wielka podróż zaczęła się 7 października 1998 roku, kiedy para wylądowała na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku. Ponieważ za większość swoich oszczędności kupili bilety lotnicze, od tego momentu Kinga i Chopin podróżowali autostopem. No, może to „auto-” nie jest w tym przypadku najlepszym określeniem. Przemieszczali się nie tylko samochodami osobowymi, ale też „złapanymi na stopa” ogromnymi ciężarówkami, łodziami, jachtami, a nawet samolotami. To na pewno nie koniec tej wyliczanki, ale nie chodziło przecież o ilość. Najważniejsze były wolność i swoboda, podróż sama w sobie. Kinga i Chopin nie mieli wytyczonej trasy, a ich celem nie były konkretne miejsca. Dawali się ponieść opowieściom napotkanych ludzi czy podwożących ich kierowców, a czasem nawet wiatrowi. Jedyne, czego chcieli, to być w drodze.
Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Boliwia, Peru, Tajwan, Japonia czy Sachalin, gdzie pijany kapitan gościnnie odstąpił im swoją kajutę – nie sposób wyliczyć wszystkich miejsc, w których zatrzymywała się nasza patronka ze swoim towarzyszem podróży. Nie wszędzie byli razem. Kilkakrotnie rozdzielili się w Azji. Z powodu choroby Chopina Kinga dokończyła ich wędrówkę samotnie. 5 września 2003 roku przekroczyła granicę ukraińsko-polską i wróciła do ojczyzny. Pięć lat w drodze, a ją wciąż gnało. Już dwa dni po powrocie zapisała w dzienniku swoje kolejne marzenie: Afryka. Tam jej jeszcze nie było. Trzeba było ruszyć przed siebie. Jak zawsze – bez planu.
W drodze – Maroko, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Nigeria, Gwinea, Sierra Leone… W Afryce Kinga spędzała wiele czasu z dziećmi. Organizowała dla nich warsztaty i konkursy. Uratowała jedenastoletnią dziewczynkę, której dała imię Malaika, co znaczy „anioł”. Zabrała ją do jej rodzinnego kraju, Ghany. Czarny Ląd nie okazał się łaskawy dla naszej patronki. Zapadła na ciężką odmianę malarii – malarię mózgową. 9 czerwca 2006 roku Kinga zmarła w szpitalu w stolicy Ghany, Akrze.
Być w drodze. Nazwy krajów, które tutaj wymieniłam, zbyt wiele o tym nie powiedzą. Kinga i Chopin opisywali swoje wrażenia i to z ich zapisków można więcej dowiedzieć się o tych pięknych wędrówkach. Tak powstała książka Prowadził nas los. Kinga jest również autorką książki Moja Afryka. Za swoją podróż dookoła świata Kinga Choszcz i Radosław Siuda zostali uhonorowani prestiżową Nagrodą Kolosa w kategorii podróże. Afrykańska działalność naszej patronki stała się inspiracją do założenia Fundacji „Freespirit”, którą kieruje matka Kingi.
Oczywiście, książki książkami, ale o urokach bycia w drodze najlepiej przekonać się samemu. No, ewentualnie w doborowym towarzystwie. Całe szczęście, że istnieje podróżna wersja naszej ulubionej gry. Nie pozostaje nic innego, tylko załadować ją do plecaka i... Czy to nie brzmi idealnie? Niestety, nie każdy może sobie na to pozwolić. Ale i na to znajdzie się sposób. Wszystkich tych, których zobowiązania czy inne sprawy zatrzymują w mieście, zapraszam w mniejszą, choć równie fascynującą, podróż. Startujemy o 17:30 w środę w milanowskich „Klimatach”. Widzimy się na miejscu, do zobaczenia!
Autor: Katarzyna





