Ostatni rockowy wystrzał

📅 19.02.2013 | 👤 Autor: | 👁️ Przeczytano: 19 razy | Klub Scrabble - GRAJMYŻ - Piła
Pamięci Turka Bociana
Waszyngton to zadupie. Nie, nie chodzi o metropolię z Białym Domem, ale o stan w północno-zachodnim narożniku USA, i to przed ćwierćwieczem. Niby niedaleko (jak z Tirany do Paryża) do słonecznej, tętniącej życiem Kalifornii, ale zimno, ponuro, same lasy (a w nich grizzly i co najwyżej Wielka Stopa), Seattle z fabryką Boeinga, fikcyjne Twin Peaks, a tuż za miedzą Kanada... A takie Aberdeen – 15-tysięczna dziura bez perspektyw, kilkadziesiąt kilometrów od stolicy stanu. Czy można trafić gorzej? Chyba tylko na Alaskę, zwłaszcza pod rządami Sary Palin...

I w takiej to amerykańskiej mieścinie, 20 lutego 1967 roku, przyszedł na świat patron naszego kolejnego matriksowego spotkania – Kurt Donald Cobain, kompozytor, tekściarz, gitarzysta, wokalista, frontman kapeli Nirvana i ostatni rewolucjonista rocka.
(Tak, z przykrością muszę stwierdzić, że należę do wcale licznego grona osób, które uważa, że w muzyce rockowej od niemal 20 lat nic znaczącego, przełomowego się nie wydarzyło. Może i nie brakuje dobrych głosów, ciekawych brzmień, zgrabnych kompozycji, ale... to wszystko już było, wszędzie aż nadto wyraźnie słychać echa „odkryć” nawet sprzed pół wieku. Czyżby rock umarł? Może jednak nie...)

Fala grunge'u, która jak tsunami przetoczyła się przez świat na początku lat 90. XX wieku, a którą współtworzył nasz patron, wprawdzie zrodziła się z inspiracji punkiem, wczesnym heavy metalem, indie rockiem i melodyką lat 60., stworzyła jednak nową jakość. Choć sam Kurt śmiał się z określenia „grunge” i twierdził, że gra po prostu punk rocka, to nie sposób zaprzeczyć, że uwalnianie energii muzycznej odbywało się w grunge'u w inny sposób niż u poprzedników dekadę wcześniej. Niekoniecznie trzeba było grać non stop szybko i głośno (choć to, rzecz jasna, nie przeszkadzało). Niezwykłe, dysharmoniczne sekwencje akordów, nerwowe riffy, zmiany dynamiki, jazgotliwe, pełne sprzężeń i przydźwięków gitary na tle ciężkiego marszu perkusji i basu to to, co tworzyło bazę „brzmienia z Seattle”. Do tego teksty – dziwaczne, schizofreniczne, pełne luźno ze sobą powiązanych, egzotycznych skojarzeń, czasem zaprzeczające same sobie, penetrujące pokręcone, mroczne zakątki umysłu. Oscylujące między brutalnym naturalizmem a wysublimowaną liryką. Dla jednych niezwykła, współczesna poezja, dla innych – rymowany bełkot; czasem histerycznie wykrzyczany, a czasem wyśpiewany monotonnym, zniechęconym głosem. Ale takie właśnie teksty i taka muzyka trafiły idealnie w gust Pokolenia X – zagubionego, znerwicowanego, programowo bezideowego i hedonistycznego aż do autodestrukcji.

Wróćmy jednak do samego Kurta. Pochodził z rodziny o korzeniach irlandzkich, niemieckich (stąd imię), szkockich i angielskich. Rodziny, jak się okazuje, muzykalnej – ciotka grała na gitarze i śpiewała w lokalnych zespołach country, wujek – w grupie rockandrollowej, a brat dziadka, Delbert Cobain, był lokalnie znanym śpiewakiem, którego można zobaczyć w drugoplanowej roli w King of Jazz z roku 1930 u boku samego Binga Crosby'ego. Dzieciństwo Kurt miał ponoć szczęśliwe... do siódmego roku życia, kiedy to jego rodzice rozwiedli się, wkrótce związali się z nowymi partnerami, a małego Kurta zaczęli sobie przerzucać jak zbędny balast. Dość wcześnie zainteresował się muzyką, stukał w niewielki zestaw perkusyjny, brzdąkał na pianinie i gitarze i słuchał dużo muzyki, głównie Beatlesów, później Black Sabbath, by w końcu dotrzeć do punk rocka, którego żywiołowość porwała go na dobre. Wykazywał też zdolności plastyczne; ozdabiał karykaturami rodziców i napisami typu „Nienawidzę mamy i taty” swoją sypialnię, a później malował na ścianach domów w Aberdeen hasła typu „Bóg jest gejem”. Szkoły średniej nie skończył, rzucił naukę kilka tygodni przed końcowymi egzaminami, by oddać się włóczęgostwu i muzyce. Mając 18 lat założył pierwszy zespół o wymownej nazwie Fecal Matter, z którym nawet nagrał kasetę demo. Grupa wkrótce się rozpadła, a Kurt spiknął się z dawnym kolegą ze szkoły, może nie wirtuozem, ale z pewnością wielkim (2 m wzrostu) basistą Kristem Novoseliciem. Para kumpli rozpoczęła wspólne granie połączone z nieustającą akcją „szukamy bębniarza”. Gdy w końcu szczęśliwie trafili na Dave'a Grohla, dziś uznawanego powszechnie za jednego z najlepszych specjalistów w swoim fachu, narodziła się Nirvana – zespół, który zmienił oblicze rocka, a z sennego Seattle uczynił miejsce kultowe.

Pierwsza płyta, Bleach z 1989 roku, odniosła umiarkowany sukces, ale zwróciła uwagę krytyków i zbuntowanych słuchaczy. Jednak to, co się stało w 1991 roku po wydaniu albumu Nevermind, przekroczyło najśmielsze oczekiwania zespołu i wydawców (mieli nadzieję na sprzedaż ok. ćwierć miliona egzemplarzy, a w ciągu jednego, świątecznego weekendu 1991 w samych USA rozeszło się... 400 tysięcy). Otwierający płytę doskonale rozpoznawalnym riffem Smells like teen spirit stał się hymnem pokolenia, wielokrotnie później przerabianym, czasem naprawdę w przedziwnych wariantach, m.in. przez Tori Amos, Leszka Możdżera, Davida Garretta, Paula Ankę i The Ukulele Orchestra, a także genialnie sparodiowanym przez Ala Yankovica (nawiasem mówiąc, ta parodia spodobała się samemu Cobainowi).

W 1993 dochodzi do zdarzenia bezprecedensowego, Nirvana zostaje zaproszona do zagrania „unplugged” w MTV. Wielu z tych, którzy usłyszeli o tym pomyśle, pukało się w czoło. Jak to? Nirvana? Zespół, który poraża słuchacza decybelami, a po koncertach na scenie zostawia pobojowisko? Na żywo i bez wzmacniaczy? A jednak w ten sposób powstał jeden z najbardziej niezwykłych zapisów w historii muzyki w ogóle. Okazało się, że pod warstwą hałasu kryje się – po prostu MUZYKA.

W 1994 roku Nirvana znów zaskakuje – płytą In Utero. Zaskakuje, bo podczas gdy opinia publiczna spodziewa się ugrzecznionej, nastawionej na komercyjny sukces muzyczki, dostaje porcję solidnego grunge'owego łomotu, jeszcze ostrzejszego niż na Nevermind. Pojawia się pytanie, kto kogo przeciągnie: mainstream alternatywę czy alternatywa mainstream?

Wszystko pozornie wydaje się układać jak najlepiej, Cobain z zespołem osiąga komercyjny sukces, zachowując twarz i niezależność. I oto 8 kwietnia 1994 r. świat obiega tragiczna wiadomość – lider Nirvany zostaje znaleziony martwy w swoim domu, z dziurą w głowie i strzelbą w dłoni. Raport koronera stwierdza, że było to samobójstwo, choć nie brak różnych teorii spiskowych, z których większość wskazuje na żonę, Courtney Love, jako sprawczynię, a przynajmniej inspiratorkę. Jeśli jednak było to samobójstwo, to może przyczyniły się do tego niewątpliwe zaburzenia psychiczne, może bliżej nieokreślone bolesne schorzenia, na które uskarżał się wcześniej, może uzależnienie od narkotyków, może rozziew pomiędzy oczekiwaniami wobec siebie, a tym, co mógł dać, może nieumiejętność poradzenia sobie z nieoczekiwaną rolą gwiazdy światowego formatu, a może w końcu – jak sugeruje list pożegnalny – totalne wypalenie. Pewnie nigdy się nie dowiemy.

Odszedł, mając 27 lat... jak wcześniej Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, a nie tak dawno Amy Winehouse...

Jako się rzekło, konia z rzędem temu, kto potrafi jednoznacznie zinterpretować teksty Cobaina. W kilku przypadkach jednak można zaryzykować twierdzenie, że wiadomo o co chodzi, a przynajmniej liczbę możliwych interpretacji można ograniczyć do kilku. Na nasze turnieje zapraszamy wszystkich, niech zatem rolę zaproszenia na najbliższe spotkanie spełni tekst jednego z bardziej znanych songów Nirvany, Come as you are:

Przyjdź, jakiś jest

Przyjdź, jakiś jest, jakiś był
Jakim chciałbym, byś był
Jak mój druh, jak zły duch
Jak mój odwieczny wróg

Nie śpiesz się, pośpiesz się
Rób co chcesz, nie spóźnij się
Daj na luz, jak mój druh
Jak odległe wspomnienie
Wspomnienie...

Przyjdź ubłocony, wybielony
Jakim chciałbym, byś był
Jak zły duch, jak mój druh
Jak odległe wspomnienie
Jak wspomnienie...

I przysięgam – nie mam broni, uwierz mi
Nie mam broni, uwierz mi
Nie mam broni, uwierz mi
Nie mam broni, uwierz mi...


(przekład własny, 2007)


Autor: MaCzu

PS Trudno powiedzieć, czy Cobain miał jakiś kontakt ze scrabblami. Można podejrzewać, że jako amerykański nastolatek musiał się z grą zetknąć i kilka partii rozegrać. Z drugiej strony – jego nienawiść do rywalizacji o charakterze sportowym, datująca się jeszcze z czasów szkolnych, gdy był poniżany przez napakowanych futbolistów, a ojciec wbrew jego woli popychał go do treningów zapaśniczych, każe w to wątpić. Jednakże, jeśli ktoś bardzo potrzebuje takiego powiązania, to w Internecie może sobie zamówić naszyjnik z płytką skrablową ozdobioną podobizną patrona. Z pewnością Kurt byłby zachwycony... do tego stopnia, że znów mógłby sięgnąć po strzelbę.

Inne wiadomości z sekcji:
Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /czytaj.php on line 94
Klub Scrabble - GRAJMYŻ - Piła

  • 21.03.2026
    Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /czytaj.php on line 103
    Historia Klubu
  • 21.03.2026
    Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /czytaj.php on line 103
    Statystyki Pilskiego Klubu Scrabble 'GRAJMYŻ'
  • 21.03.2026
    Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /czytaj.php on line 103
    Historia Pilskiego Klubu Scrabblowego 'GRAJMYŻ'
  • 14.07.2015
    Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /czytaj.php on line 103
    Kolejne przenosiny
  • 16.04.2014
    Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /czytaj.php on line 103
    Gramy wcześniej

Warning: htmlspecialchars(): Charset "ISO-8859-2" is not supported, assuming UTF-8 in /functions.php on line 260