Czy płytki wibrują pozytywnie?
Nie tylko muzyka
Nie ma chyba nic lepszego na koniec karnawału, jak porcja gorących, karaibskich rytmów. Pojawiały się one w światowej muzyce (głównie popularnej, choć nie tylko – vide: symfoniczne tanga Igora Strawińskiego) od początku XX wieku, w postaci choćby: tanga, samby, cza-czy, bossa-novy, lambady czy salsy. Żaden z nich jednak nie zrobił tak oszałamiającej kariery i nie odcisnął takiego takiego piętna w muzyce, jak reggae. Zresztą nie tylko w muzyce – wpływy reggae bez trudności odnajdziemy dziś w modzie, stylu życia, filozofii i religii. I oczywiście (jak mógłbym o tym nie wspomnieć) – w scrabblach. W końcu jak ktoś nie lubi CHEDDARA, zawsze może położyć z tych liter inną siódemkę ;)
Nietrudno chyba domyślić się, kto będzie patronem naszego najbliższego turnieju, wszak nikt bardziej nie kojarzy się z reggae, niż jeden z twórców tego stylu, najwybitniejszy autor i wykonawca, a także najsłynniejszy propagator tej muzyki – urodzony 6 lutego 1945 roku Nesta Robert Marley, znany szerzej jako po prostu Bob Marley.
Młodzieńczy okres życia i początki kariery w branży muzycznej nie zwiastowały, że Bob zostanie gwiazdą światowego formatu. Ten syn ubogiej jamajskiej wieśniaczki i angielskiego nadzorcy plantacji (który zaraz po narodzinach syna opuścił rodzinę i praktycznie zerwał z nią kontakty) nie przejawiał w latach szkolnych specjalnych zdolności w żadnym kierunku; zdobył zawodowe wykształcenie spawacza, muzyką zainteresował się stosunkowo późno, a jego umiejętności wokalne podczas pierwszych przesłuchań zostały ocenione jako mierne.
W latach 60. wraz z założoną z Peterem Toshem i Bunnym (Wailerem) Livingstonem grupą The Wailers nagrywał za grosze pojedyncze single, oscylując stylistycznie między ska a rhythm and bluesem, awanturował się z producentami, na pewien czas nawet wyjechał do pracy w USA, gdzie ukrywał się pod fałszywymi personaliami, imając się różnych prac fizycznych, by czmychnąć na Jamajkę, gdy zagroziło mu powołanie do armii i wyjazd na wojaczkę do Wietnamu. Cały czas tworzył jednak nowe piosenki. Przełom, choć nie raptowny, nastąpił w roku 1974, gdy własną wersję jednej z piosenek Marleya (I shot the sheriff) nagrał Eric Clapton. Reggae i Marley wypłynęli z Jamajki na szerokie wody.
Muzyczny „przepis” na reggae wydaje się w sumie dość banalny: majestatyczna, ozdobiona licznymi przeszkadzajkami perkusja wybijająca rockowy rytm, melodyjna choć poszarpana linia basu, ostra gitara grająca dwa razy szybciej od sekcji rytmicznej, klawisze grające dwa razy szybciej od gitary bądź też tworzące przestrzenne tło. Na tę instrumentalną podstawę wystarczy nałożyć wokal - albo oparty na bluesowym „call and response” albo przywodzący na myśl afrykańskie śpiewy plemienne. Niby proste, ale jakże oryginalne, zresztą istotny jest tu feeling! A w przypadku Marleyowskiego roots reggae także teksty – refleksyjne, zaangażowane społecznie, przesycone miłością, dumą emancypującego się mieszkańca Trzeciego Świata i – trzeba przyznać nieco mętnym – mistycyzmem. Wypada tu wspomnieć, że Marley był wyznawcą i krzewicielem rastafarianizmu – dość niezwykłej religii opartej z grubsza na chrześcijaństwie, z licznymi wpływami szamanizmu, panafrykanizmu, z wiodącą rolą „czarnego człowieka”, uznającej kontrowersyjnego (a u nas za sprawą Kapuścińskiego napiętnowanego) cesarza Hajle Sellasjego za wcielenie Boga, zaś palenie marihuany za sakrament.
Tak przygotowana mieszanka muzyczna zaczęła w połowie lat 70. zdobywać świat, samodzielnie bądź przenikając do innych stylów muzycznych – ślady znajdziemy i w disco, i w różnych odmianach „czarnej” muzyki rodem z USA, i – przede wszystkim – w rocku (choćby The Police). Ale o popularności reggae zadecydował też chyba w niemałym stopniu jeszcze jeden element. Ekspansja muzyki Marleya zbiegła się w czasie z odświeżeniem rocka (i w ogóle popu) za sprawą punka i nowej fali. A punkrockowe allegra (nierzadko furioso) potrzebowały swoich andant czy nawet adagiów – spokojniejszych rytmów, w których można by zawrzeć bardziej refleksyjne treści. Blues wydawał się zbyt wyświechtany, ballady trąciły myszką europejskiej klasyki czy taniego popu, na chorały i folk trzeba było jeszcze nieco poczekać, ale reggae – nadawało się idealnie! Świeże, niepokorne, buntownicze, z elastycznym rytmem i artykulacją, oparte na typowym rockowym instrumentarium.
The Clash na swym debiutanckim albumie zamieścili własną wersję Police and thieves Juniora Marvina, zaś Marley puścił oko do zbuntowanych punkrockowców, nagrywając wkrótce utwór Punky reggae party. A dalej już poszło, głównie zresztą za sprawą The Clash, którzy trzypłytowy album „Sandinista!” w znacznej części poświęcili penetrowaniu jamajskich rytmów. Zmęczeni dłuższym pogowaniem punkowcy mogli się pokiwać w rytmie reggae (choć jego specyficzna, dwuznaczna pulsacja pozwalała najwytrwalszym na dalsze szaleństwa), a co ciekawe – reggae godziło nieraz mocno ze sobą rywalizujących fanów różnych subkultur, w czym pewnie niemały udział miał unoszący się na koncertach zapach... nazwijmy to... rastafariańskich kadzideł. Potwierdzeniem tezy o jednoczącym charakterze muzyki Marleya jest niezwykły duet śpiewający jedną ze słynniejszych, niemal hymnicznych pieśni naszego patrona – Redemption song (paradoksalnie sam autor nie nagrał jej w stylu reggae, ale folk; muzycznie doskonale pasowałaby do repertuaru Woodiego Guthriego czy wczesnego Boba Dylana). Otóż w wersji z 2001 roku słyszymy... ikonę muzyki country Johnny'ego Casha i wiecznego punka Joego Strummera.
W latach 80. muzyka z Jamajki trafiła do Polski, zyskując sporą popularność, głównie za sprawą Daabu, Izraela i Bakshishu, choć z klimatami reggae flirtowała w pojedynczych utworach większość polskich zespołów tamtych lat. Niektórzy krytycy ukuli nawet wyśmiewany przez samych muzyków termin „słowiańska odmiana reggae”. Sam Marley już tego nie dożył, bowiem w roku 1981, mając zaledwie 36 lat, zmarł na raka. Być może żyłby do dziś, gdyby nie to, że jako rastafarianin nie pozwolił lekarzom na amputację palca u nogi (rastafarianizm wymaga zachowania jedności ciała), gdy ci wykryli nowotwór w bardzo wczesnym stadium.
Marley odszedł, pozostała muzyka. Styl, powstały w latach 60. XX wieku, do dziś ma swoich zagorzałych fanów na całym świecie, o czym u nas najlepiej świadczy tak świeży casus Kamila Bednarka.
Kim był Bob Marley – kompozytorem? poetą? wokalistą? mistykiem? celebrytą? prorokiem? Niech każdy wybierze, co mu pasuje. A w najbliższą, bez wątpienia chłodną środę, o 17:30, przekroczmy znów progi gościnnych Klimatów (Coming in from the cold), spróbujmy „ustrzelić” przy planszy lidera klubowego rankingu (I shot the sheriff), niech nikt nie ociąga się, by w przypadku najmniejszych wątpliwości sprawdzić przeciwnikowi słowo (Get up, stand up... „stand up for your rights...”) i w żadnym momencie nie rezygnuje z walki o zwycięstwo („... don't give up the fight!”), a nasze panie niech przypadkiem nie ronią łez po przegranych partiach (No, woman, no cry), przecież w końcu wszystko będzie dobrze (Everything's gonna be alright).
Nietrudno chyba domyślić się, kto będzie patronem naszego najbliższego turnieju, wszak nikt bardziej nie kojarzy się z reggae, niż jeden z twórców tego stylu, najwybitniejszy autor i wykonawca, a także najsłynniejszy propagator tej muzyki – urodzony 6 lutego 1945 roku Nesta Robert Marley, znany szerzej jako po prostu Bob Marley.
Młodzieńczy okres życia i początki kariery w branży muzycznej nie zwiastowały, że Bob zostanie gwiazdą światowego formatu. Ten syn ubogiej jamajskiej wieśniaczki i angielskiego nadzorcy plantacji (który zaraz po narodzinach syna opuścił rodzinę i praktycznie zerwał z nią kontakty) nie przejawiał w latach szkolnych specjalnych zdolności w żadnym kierunku; zdobył zawodowe wykształcenie spawacza, muzyką zainteresował się stosunkowo późno, a jego umiejętności wokalne podczas pierwszych przesłuchań zostały ocenione jako mierne.
W latach 60. wraz z założoną z Peterem Toshem i Bunnym (Wailerem) Livingstonem grupą The Wailers nagrywał za grosze pojedyncze single, oscylując stylistycznie między ska a rhythm and bluesem, awanturował się z producentami, na pewien czas nawet wyjechał do pracy w USA, gdzie ukrywał się pod fałszywymi personaliami, imając się różnych prac fizycznych, by czmychnąć na Jamajkę, gdy zagroziło mu powołanie do armii i wyjazd na wojaczkę do Wietnamu. Cały czas tworzył jednak nowe piosenki. Przełom, choć nie raptowny, nastąpił w roku 1974, gdy własną wersję jednej z piosenek Marleya (I shot the sheriff) nagrał Eric Clapton. Reggae i Marley wypłynęli z Jamajki na szerokie wody.
Muzyczny „przepis” na reggae wydaje się w sumie dość banalny: majestatyczna, ozdobiona licznymi przeszkadzajkami perkusja wybijająca rockowy rytm, melodyjna choć poszarpana linia basu, ostra gitara grająca dwa razy szybciej od sekcji rytmicznej, klawisze grające dwa razy szybciej od gitary bądź też tworzące przestrzenne tło. Na tę instrumentalną podstawę wystarczy nałożyć wokal - albo oparty na bluesowym „call and response” albo przywodzący na myśl afrykańskie śpiewy plemienne. Niby proste, ale jakże oryginalne, zresztą istotny jest tu feeling! A w przypadku Marleyowskiego roots reggae także teksty – refleksyjne, zaangażowane społecznie, przesycone miłością, dumą emancypującego się mieszkańca Trzeciego Świata i – trzeba przyznać nieco mętnym – mistycyzmem. Wypada tu wspomnieć, że Marley był wyznawcą i krzewicielem rastafarianizmu – dość niezwykłej religii opartej z grubsza na chrześcijaństwie, z licznymi wpływami szamanizmu, panafrykanizmu, z wiodącą rolą „czarnego człowieka”, uznającej kontrowersyjnego (a u nas za sprawą Kapuścińskiego napiętnowanego) cesarza Hajle Sellasjego za wcielenie Boga, zaś palenie marihuany za sakrament.
Tak przygotowana mieszanka muzyczna zaczęła w połowie lat 70. zdobywać świat, samodzielnie bądź przenikając do innych stylów muzycznych – ślady znajdziemy i w disco, i w różnych odmianach „czarnej” muzyki rodem z USA, i – przede wszystkim – w rocku (choćby The Police). Ale o popularności reggae zadecydował też chyba w niemałym stopniu jeszcze jeden element. Ekspansja muzyki Marleya zbiegła się w czasie z odświeżeniem rocka (i w ogóle popu) za sprawą punka i nowej fali. A punkrockowe allegra (nierzadko furioso) potrzebowały swoich andant czy nawet adagiów – spokojniejszych rytmów, w których można by zawrzeć bardziej refleksyjne treści. Blues wydawał się zbyt wyświechtany, ballady trąciły myszką europejskiej klasyki czy taniego popu, na chorały i folk trzeba było jeszcze nieco poczekać, ale reggae – nadawało się idealnie! Świeże, niepokorne, buntownicze, z elastycznym rytmem i artykulacją, oparte na typowym rockowym instrumentarium.
The Clash na swym debiutanckim albumie zamieścili własną wersję Police and thieves Juniora Marvina, zaś Marley puścił oko do zbuntowanych punkrockowców, nagrywając wkrótce utwór Punky reggae party. A dalej już poszło, głównie zresztą za sprawą The Clash, którzy trzypłytowy album „Sandinista!” w znacznej części poświęcili penetrowaniu jamajskich rytmów. Zmęczeni dłuższym pogowaniem punkowcy mogli się pokiwać w rytmie reggae (choć jego specyficzna, dwuznaczna pulsacja pozwalała najwytrwalszym na dalsze szaleństwa), a co ciekawe – reggae godziło nieraz mocno ze sobą rywalizujących fanów różnych subkultur, w czym pewnie niemały udział miał unoszący się na koncertach zapach... nazwijmy to... rastafariańskich kadzideł. Potwierdzeniem tezy o jednoczącym charakterze muzyki Marleya jest niezwykły duet śpiewający jedną ze słynniejszych, niemal hymnicznych pieśni naszego patrona – Redemption song (paradoksalnie sam autor nie nagrał jej w stylu reggae, ale folk; muzycznie doskonale pasowałaby do repertuaru Woodiego Guthriego czy wczesnego Boba Dylana). Otóż w wersji z 2001 roku słyszymy... ikonę muzyki country Johnny'ego Casha i wiecznego punka Joego Strummera.
W latach 80. muzyka z Jamajki trafiła do Polski, zyskując sporą popularność, głównie za sprawą Daabu, Izraela i Bakshishu, choć z klimatami reggae flirtowała w pojedynczych utworach większość polskich zespołów tamtych lat. Niektórzy krytycy ukuli nawet wyśmiewany przez samych muzyków termin „słowiańska odmiana reggae”. Sam Marley już tego nie dożył, bowiem w roku 1981, mając zaledwie 36 lat, zmarł na raka. Być może żyłby do dziś, gdyby nie to, że jako rastafarianin nie pozwolił lekarzom na amputację palca u nogi (rastafarianizm wymaga zachowania jedności ciała), gdy ci wykryli nowotwór w bardzo wczesnym stadium.
Marley odszedł, pozostała muzyka. Styl, powstały w latach 60. XX wieku, do dziś ma swoich zagorzałych fanów na całym świecie, o czym u nas najlepiej świadczy tak świeży casus Kamila Bednarka.
Kim był Bob Marley – kompozytorem? poetą? wokalistą? mistykiem? celebrytą? prorokiem? Niech każdy wybierze, co mu pasuje. A w najbliższą, bez wątpienia chłodną środę, o 17:30, przekroczmy znów progi gościnnych Klimatów (Coming in from the cold), spróbujmy „ustrzelić” przy planszy lidera klubowego rankingu (I shot the sheriff), niech nikt nie ociąga się, by w przypadku najmniejszych wątpliwości sprawdzić przeciwnikowi słowo (Get up, stand up... „stand up for your rights...”) i w żadnym momencie nie rezygnuje z walki o zwycięstwo („... don't give up the fight!”), a nasze panie niech przypadkiem nie ronią łez po przegranych partiach (No, woman, no cry), przecież w końcu wszystko będzie dobrze (Everything's gonna be alright).
Autor: MaCzu





