Mistrz wizualnej harmonii
Zapraszamy po raz 62.
Z początkiem nowego, 2013 roku (Wszystkiego Najlepszego!), po 14 miesiącach działalności klubu MATRIKS, nareszcie trafia się okazja zaproszenia do patronowania naszemu turniejowi osoby związanej z Milanówkiem. Co więcej – osoby, która przez niemal 20 lat mieszkała zaledwie 300 metrów od obecnego miejsca naszych spotkań.
Edward Kłosiński urodził się równo 70 lat temu w Warszawie, liceum plastyczne (które dało mu doskonałe podstawy do późniejszego zawodu) ukończył we Wrocławiu, a wydział operatorski PWSTiF – w Łodzi. W 1990 roku przeprowadził się wraz z żoną – Krystyną Jandą – do Milanówka. Zmarł niemal dokładnie pięć lat temu, pokonany przez nieuleczalną chorobę. Za wcześnie – jego rówieśnicy są nadal aktywni twórczo i odnoszą sukcesy...
Czy można sobie wyobrazić dziś polskie kino lat 70. i 80. bez nierzucającej się w oczy, ale doskonale współgrającej z całością dzieła, kamery Edwarda Kłosińskiego? Pewnie można, w końcu – podobno – nie ma ludzi niezastąpionych, a ludzka wyobraźnia nie zna żadnych ograniczeń. Na pewno jednak byłyby to nieco inne filmy – może bez charakterystycznej, „nerwowej” kamery śledzącej Agnieszkę w Człowieku z marmuru, bez doskonałych czarno-białych imitacji kronik filmowych z lat 50. w tym samym dziele Wajdy (długi czas wiele osób sądziło, że to autentyczne kroniki), bez odrealnionych, rozświetlonych ujęć w Kronice wypadków miłosnych, w końcu bez paradokumentalnych, kręconych z ręki zdjęć do kilku filmów nurtu kina moralnego niepokoju. Ten ostatni zabieg, w latach 70. nowatorski, stał się później jednym z dogmatów, nomen omen, „Dogmy” von Triera i być może zaowocował współpracą obu artystów przy filmie „Europa”.
W filmach Kłosińskiego nie znajdziemy fajerwerków technicznych i formalnych odwracających naszą uwagę od przekazu filmu. Sam twórca tak pojmował swą rolę: „Staram się nie 'wystawać' zza kamery, nie epatować specjalnie ujęciami a to spod stołu, to znów z lotu ptaka”. Niemniej, jak wspominają reżyserzy, Kłosiński angażował się już na etapie przygotowań do zdjęć, planowania poszczególnych ujęć, będąc zwolennikiem tezy o służebnej roli operatora i harmonijnego współgrania wszystkich elementów dzieła filmowego. Nowatorstwo, niezwykłość – tak!, jeśli tylko służyło to dziełu jako całości.
Jeśli pan Edward przygląda się gdzieś z innego wymiaru poczynaniom różnych ludzi na tym padole, pewnie zdziwi się mocno, widząc, przy okazji jakiego spotkania przywołujemy jego postać ;) A czy możemy znaleźć jakieś wspólne elementy łączące naszą pasję i dokonania Mistrza Kamery? Chyba tak... bo czy w dobrze zagranej partii chodzi o to, by wyanagramować ekwilibrystyczną siódemkę, znaleźć i wykorzystać niecodzienną przedłużkę czy zaskoczyć przeciwnika znajomością jakiegoś egzotycznego słówka? Nie – ważne jest to, by zharmonizować wszystkie elementy naszej gry i osiągnąć całościowy sukces, a tym sukcesem jest wygranie partii. I obyśmy takich sukcesów w Nowym Roku odnieśli jak najwięcej!
Do zobaczenia w najbliższą środę, 2 stycznia, w Klimatach, nieco wcześniej, bo o godzinie 17:30.
Edward Kłosiński urodził się równo 70 lat temu w Warszawie, liceum plastyczne (które dało mu doskonałe podstawy do późniejszego zawodu) ukończył we Wrocławiu, a wydział operatorski PWSTiF – w Łodzi. W 1990 roku przeprowadził się wraz z żoną – Krystyną Jandą – do Milanówka. Zmarł niemal dokładnie pięć lat temu, pokonany przez nieuleczalną chorobę. Za wcześnie – jego rówieśnicy są nadal aktywni twórczo i odnoszą sukcesy...
Czy można sobie wyobrazić dziś polskie kino lat 70. i 80. bez nierzucającej się w oczy, ale doskonale współgrającej z całością dzieła, kamery Edwarda Kłosińskiego? Pewnie można, w końcu – podobno – nie ma ludzi niezastąpionych, a ludzka wyobraźnia nie zna żadnych ograniczeń. Na pewno jednak byłyby to nieco inne filmy – może bez charakterystycznej, „nerwowej” kamery śledzącej Agnieszkę w Człowieku z marmuru, bez doskonałych czarno-białych imitacji kronik filmowych z lat 50. w tym samym dziele Wajdy (długi czas wiele osób sądziło, że to autentyczne kroniki), bez odrealnionych, rozświetlonych ujęć w Kronice wypadków miłosnych, w końcu bez paradokumentalnych, kręconych z ręki zdjęć do kilku filmów nurtu kina moralnego niepokoju. Ten ostatni zabieg, w latach 70. nowatorski, stał się później jednym z dogmatów, nomen omen, „Dogmy” von Triera i być może zaowocował współpracą obu artystów przy filmie „Europa”.
W filmach Kłosińskiego nie znajdziemy fajerwerków technicznych i formalnych odwracających naszą uwagę od przekazu filmu. Sam twórca tak pojmował swą rolę: „Staram się nie 'wystawać' zza kamery, nie epatować specjalnie ujęciami a to spod stołu, to znów z lotu ptaka”. Niemniej, jak wspominają reżyserzy, Kłosiński angażował się już na etapie przygotowań do zdjęć, planowania poszczególnych ujęć, będąc zwolennikiem tezy o służebnej roli operatora i harmonijnego współgrania wszystkich elementów dzieła filmowego. Nowatorstwo, niezwykłość – tak!, jeśli tylko służyło to dziełu jako całości.
Jeśli pan Edward przygląda się gdzieś z innego wymiaru poczynaniom różnych ludzi na tym padole, pewnie zdziwi się mocno, widząc, przy okazji jakiego spotkania przywołujemy jego postać ;) A czy możemy znaleźć jakieś wspólne elementy łączące naszą pasję i dokonania Mistrza Kamery? Chyba tak... bo czy w dobrze zagranej partii chodzi o to, by wyanagramować ekwilibrystyczną siódemkę, znaleźć i wykorzystać niecodzienną przedłużkę czy zaskoczyć przeciwnika znajomością jakiegoś egzotycznego słówka? Nie – ważne jest to, by zharmonizować wszystkie elementy naszej gry i osiągnąć całościowy sukces, a tym sukcesem jest wygranie partii. I obyśmy takich sukcesów w Nowym Roku odnieśli jak najwięcej!
Do zobaczenia w najbliższą środę, 2 stycznia, w Klimatach, nieco wcześniej, bo o godzinie 17:30.
Autor: MaCzu





