LIV Turniej w MATRIKSIE im. Włodzimierza Sedlaka
Dziwnie spokojnie…
To był dziwny turniej. Niczego innego nie można było jednak się spodziewać – nie dość, że graliśmy w Halloween, czyli po naszemu w Dzień Dyni, to jeszcze z patronem idealnie dopasowanym. Z jednej strony poważny ksiądz, profesor, mający autentyczne osiągnięcia w zakresie paleontologii (choć niekiedy podważane są niektóre jego odkrycia poczynione w Górach Świętokrzyskich), a z drugiej bioelektronik uznany przez wielu za zwykłego szarlatana. Bez wątpienia postać nietuzinkowa, która, jeśli prawdą jest jego teoria o kwantowym charakterze życia, z całą pewnością przyglądała się naszym rozgrywkom.
Turniej był dziwny, bo przebiegł bez większych ekscesów. Zwycięzca nie był zaskoczeniem dla nikogo, choć akurat w ten dzień i przy tym patronie spodziewano się innego rozstrzygnięcia. Nikt nie śpieszył się na pociąg i nie wybiegał w popłochu, porzucając planszę i przeciwników. Marek nie zagrał pierwszej partii z Kasią i nie położył w pierwszym ruchu siódemki (zresztą w ogóle nie miał okazji podtrzymać tradycji – nieubłagany program sędziujący wyznaczał inne pary graczy). Praktycznie nikt poza zwycięzcą nie chciał dzielić się swoimi przygodami z autorem relacji. Jakby wszyscy chcieli już o tym turnieju zapomnieć…
Cóż takiego zatem się wydarzyło, cóż o rozgrywkach w MATRIKSIE da się opowiedzieć tym razem? Maciek wygrał bezapelacyjnie, zwyciężył we wszystkich partiach, w żadnej nie był poważnie zagrożony. Z właściwą sobie odrobiną dezynwoltury stwierdził, że nie grał wcale dobrze, przegapiał siódemki (w tym dość banalne jak ZAPoWIEM), najważniejszy ruch turnieju liczył sobie 3 punkty (zablokował miejsce na siódemkę Marioli). Zostało mu chyba jednak policzone to, że uczcił patrona, kładąc PrYMICJA, za co został solidnie wynagrodzony ośmioma blankami (na dziesięć do wzięcia).
O ile Maciek wykazał się kompetencjami świetnego macaka, o tyle Marek zaprezentował umiejętności wręcz odwrotne. Miał wielkie szanse na wygranie partii z Dominikiem, ale w samej końcówce, spośród dziesięciu literek, wyciągnął z worka pięć spółgłosek zostawiając cztery samogłoski dla Dominika (co ten skwapliwie wykorzystał, pozostawiając jeszcze jedną spółgłoskę dla Marka). Jak się okazało, była to jedyna konfiguracja literek, która zapewniała wygraną Dominikowi. Taka karma… Ale nie ma co narzekać – drugie miejsce i średnia małych punktów powyżej 400 piechotą nie chodzi…
Dominik, dwukrotnie pobity przez Maćka, tym razem był trzeci. W partii z Mariolą oboje mieli w pewnym momencie zamiar ułożenia najwyraźniej schodów do nieba (chcieli spotkać się z patronem?), ale skończyła im się plansza. Udało im się dzięki temu wcelować w równe 700 jako sumę małych punktów.
Tuż za podium zameldował się Rafał, który po początkowym ożywieniu (w pierwszej partii uzyskał najwyższy wynik, do tego wygrał różnicą 225 punktów) jakoś przygasł, zapadł się w sobie, przeniósł się duchem w inne rejony Wszechświata i kontynuował swoją grę z Łodzi, czyli scrabble radosne. Zakończył na dwóch wygranych.
Trudno powiedzieć, czym naraził się Rafałowi nasz gość, pierwszy raz w naszych progach widziany Szymek z warszawskiego klubu Macaków. To właśnie z nim Szymek przegrał tak wysoko pierwszą partię, a także ostatnią. Faktem jest, że bywalcy MATRIKSA najwyraźniej byli żądni przeprowadzenia twardej procedury „kocenia nowego”, bo półgębkiem dopingowali Jego przeciwników do zażartej walki. Trudy „kocenia” wzięła na siebie rodzina Matczaków – Rafał ograł Szymka dwa razy, a Mariola raz. Po takiej „prymicji” Szymek nie ma się już czego obawiać w naszym klubie – zapraszamy zatem częściej.
Za panami zameldowały się Kasia i Mariola, obie z dwoma punktami, ale mniejszą liczbą małych punktów. Kasi wyraźnie nie szło na początku, dopiero w dwóch ostatnich partiach położyła wyrazy w sumie za ponad 400 punktów w każdej i wygrała. Mariola walczyła z samymi facetami, zmogła Szymka i Rafała, ale nie dała rady Maćkowi, Markowi i Dominikowi. I tak okazało się, że całe podium stoi na Marioli krzywdzie.
Halinka tym razem wygrała tylko z Kasią, ale nie zmąciło to Jej humoru i miło (mamy nadzieję) spędzała z nami czas.
I tak oto przebiegł ten turniej, który jest już historią i pozostała po nim tylko fala elektromagnetyczna gdzieś we Wszechświecie niosąca z sobą jego zapis. A nie, nie tylko, są jeszcze…
Wyniki turnieju
Turniej był dziwny, bo przebiegł bez większych ekscesów. Zwycięzca nie był zaskoczeniem dla nikogo, choć akurat w ten dzień i przy tym patronie spodziewano się innego rozstrzygnięcia. Nikt nie śpieszył się na pociąg i nie wybiegał w popłochu, porzucając planszę i przeciwników. Marek nie zagrał pierwszej partii z Kasią i nie położył w pierwszym ruchu siódemki (zresztą w ogóle nie miał okazji podtrzymać tradycji – nieubłagany program sędziujący wyznaczał inne pary graczy). Praktycznie nikt poza zwycięzcą nie chciał dzielić się swoimi przygodami z autorem relacji. Jakby wszyscy chcieli już o tym turnieju zapomnieć…
Cóż takiego zatem się wydarzyło, cóż o rozgrywkach w MATRIKSIE da się opowiedzieć tym razem? Maciek wygrał bezapelacyjnie, zwyciężył we wszystkich partiach, w żadnej nie był poważnie zagrożony. Z właściwą sobie odrobiną dezynwoltury stwierdził, że nie grał wcale dobrze, przegapiał siódemki (w tym dość banalne jak ZAPoWIEM), najważniejszy ruch turnieju liczył sobie 3 punkty (zablokował miejsce na siódemkę Marioli). Zostało mu chyba jednak policzone to, że uczcił patrona, kładąc PrYMICJA, za co został solidnie wynagrodzony ośmioma blankami (na dziesięć do wzięcia).
O ile Maciek wykazał się kompetencjami świetnego macaka, o tyle Marek zaprezentował umiejętności wręcz odwrotne. Miał wielkie szanse na wygranie partii z Dominikiem, ale w samej końcówce, spośród dziesięciu literek, wyciągnął z worka pięć spółgłosek zostawiając cztery samogłoski dla Dominika (co ten skwapliwie wykorzystał, pozostawiając jeszcze jedną spółgłoskę dla Marka). Jak się okazało, była to jedyna konfiguracja literek, która zapewniała wygraną Dominikowi. Taka karma… Ale nie ma co narzekać – drugie miejsce i średnia małych punktów powyżej 400 piechotą nie chodzi…
Dominik, dwukrotnie pobity przez Maćka, tym razem był trzeci. W partii z Mariolą oboje mieli w pewnym momencie zamiar ułożenia najwyraźniej schodów do nieba (chcieli spotkać się z patronem?), ale skończyła im się plansza. Udało im się dzięki temu wcelować w równe 700 jako sumę małych punktów.
Tuż za podium zameldował się Rafał, który po początkowym ożywieniu (w pierwszej partii uzyskał najwyższy wynik, do tego wygrał różnicą 225 punktów) jakoś przygasł, zapadł się w sobie, przeniósł się duchem w inne rejony Wszechświata i kontynuował swoją grę z Łodzi, czyli scrabble radosne. Zakończył na dwóch wygranych.
Trudno powiedzieć, czym naraził się Rafałowi nasz gość, pierwszy raz w naszych progach widziany Szymek z warszawskiego klubu Macaków. To właśnie z nim Szymek przegrał tak wysoko pierwszą partię, a także ostatnią. Faktem jest, że bywalcy MATRIKSA najwyraźniej byli żądni przeprowadzenia twardej procedury „kocenia nowego”, bo półgębkiem dopingowali Jego przeciwników do zażartej walki. Trudy „kocenia” wzięła na siebie rodzina Matczaków – Rafał ograł Szymka dwa razy, a Mariola raz. Po takiej „prymicji” Szymek nie ma się już czego obawiać w naszym klubie – zapraszamy zatem częściej.
Za panami zameldowały się Kasia i Mariola, obie z dwoma punktami, ale mniejszą liczbą małych punktów. Kasi wyraźnie nie szło na początku, dopiero w dwóch ostatnich partiach położyła wyrazy w sumie za ponad 400 punktów w każdej i wygrała. Mariola walczyła z samymi facetami, zmogła Szymka i Rafała, ale nie dała rady Maćkowi, Markowi i Dominikowi. I tak okazało się, że całe podium stoi na Marioli krzywdzie.
Halinka tym razem wygrała tylko z Kasią, ale nie zmąciło to Jej humoru i miło (mamy nadzieję) spędzała z nami czas.
I tak oto przebiegł ten turniej, który jest już historią i pozostała po nim tylko fala elektromagnetyczna gdzieś we Wszechświecie niosąca z sobą jego zapis. A nie, nie tylko, są jeszcze…
Wyniki turnieju
Autor: Marek





