XLIX Turniej w MATRIKSIE im. T.S. Eliota
Koniec, początek czy kontynuacja?
Ostatni turniej w „Małej Kawce” był nad wyraz spektakularny. Pojawiła się zaledwie garstka graczy, Prezes wymigał się od scrabbli i tylko grasował, naśmiewając się z naszych działań, a nad wszystkim czuwał T.S. Eliot, który dobrze wiedział, że nie ma końca – jest kontynuacja. Dla nas było to jednak pewne zakończenie, a może podsumowanie tych wszystkich godzin, które spędziliśmy na wesołych gierkach w towarzystwie Pawła Piaseckiego i jego żony.
Wybrany przez Marka patron wyjątkowo mu sprzyjał, dzięki czemu (no, miała w tym też udział odrobina kunsztu) wygrał on trzeci turniej z rzędu. Solidnie wygrzmocił dziewczęta (tutaj mogłabym zacytować Eliota, ale fragment „Co powiedział grom” z „Czterech kwartetów” wydał mi się zbyt fatalistyczny, tytuł jednak mówi sam za siebie), co – w nawiązaniu do napisanej przez niego zapowiedzi – skłoniło niektórych klubowiczów do nadania mu słusznego pseudonimu „Thunder”. Marek wygrał ze mną, a także trzy razy z Halinką, w tym jedną partię zupełnie niezasłużenie – wykorzystał stratę, którą przeciwniczka zrobiła w decydującym momencie i było pozamiatane. Serię zwycięstw Marka przerwała Mariola, która ograła go o całe trzy punkty. A gdyby skusił się na położenie CZEMPION zamiast CZEPINOM, to… No właśnie. Marek zakończył passę zwycięstw na trzynastu, ale kontynuuje serię gier z ponad 350 małymi punktami. A jak wygra kolejny turniej – to dopiero będzie rekord! Cóż, zobaczymy. Na razie idzie – a jakże! – jak burza.
Na drugim miejscu uplasowała się Mariola, którą rozjuszył wciśnięty naprędce i – o dziwo! – niesprawdzony headshot DZIWiONEJ. W następnej partii położyła więc PoBICIEM, doprawiła oDRZEKAJ, i odjechała Markowi na kilkadziesiąt punktów. A ten, chociaż też machnął kilka siódemek, źle rozegrał końcówkę i było po sprawie. Zdziwiona Mariola wygrzmocić się nie dała.
Do najniższego stopnia podium dobrała się Halina. Jest to do tej pory jej najbardziej udany występ w MATRIKSIE, więc serdeczne gratulacje! Zaczęła dość brutalnie, bo od WYJEBAŁO, ale później trochę spokorniała. Miała okazję zanotować pierwsze od ponad czterech miesięcy zwycięstwo z Markiem, wybrała jednak inne rozwiązanie: stratę taktyczną (OZW). Plan wyjątkowo sprytny, ale najwyraźniej spalił na panewce, bo przez to przegrała. A miało być tak pięknie!
Ja, niżej podpisana, zameldowałam się tuż za podium. Wszystko cacy, gdyby nie to, że grały tylko cztery osoby. Udało mi się jednak przemycić kita DZIWiONEJ (WIDOcZNEJ było za trudne) i uniemożliwić Markowi zgarnięcie kolejnej pięćsetki. Same chwalebne wyczyny i wyśmienita zabawa, a jak.
Nie ma końca, jest kontynuacja. I tego się trzymajmy. Panu Pawłowi Piaseckiemu jeszcze raz dziękujemy za gościnę oraz serdecznie zapraszamy na towarzyskie rozgrywki, tym razem już w „Klimatach”. To dopiero będzie kontynuacja!
Wyniki turnieju
* Fragment „Little Gidding” z „Czterech Kwartetów” autorstwa Thomasa Stearnsa Eliota w tłumaczeniu Krzysztofa Boczkowskiego
Wybrany przez Marka patron wyjątkowo mu sprzyjał, dzięki czemu (no, miała w tym też udział odrobina kunsztu) wygrał on trzeci turniej z rzędu. Solidnie wygrzmocił dziewczęta (tutaj mogłabym zacytować Eliota, ale fragment „Co powiedział grom” z „Czterech kwartetów” wydał mi się zbyt fatalistyczny, tytuł jednak mówi sam za siebie), co – w nawiązaniu do napisanej przez niego zapowiedzi – skłoniło niektórych klubowiczów do nadania mu słusznego pseudonimu „Thunder”. Marek wygrał ze mną, a także trzy razy z Halinką, w tym jedną partię zupełnie niezasłużenie – wykorzystał stratę, którą przeciwniczka zrobiła w decydującym momencie i było pozamiatane. Serię zwycięstw Marka przerwała Mariola, która ograła go o całe trzy punkty. A gdyby skusił się na położenie CZEMPION zamiast CZEPINOM, to… No właśnie. Marek zakończył passę zwycięstw na trzynastu, ale kontynuuje serię gier z ponad 350 małymi punktami. A jak wygra kolejny turniej – to dopiero będzie rekord! Cóż, zobaczymy. Na razie idzie – a jakże! – jak burza.
Na drugim miejscu uplasowała się Mariola, którą rozjuszył wciśnięty naprędce i – o dziwo! – niesprawdzony headshot DZIWiONEJ. W następnej partii położyła więc PoBICIEM, doprawiła oDRZEKAJ, i odjechała Markowi na kilkadziesiąt punktów. A ten, chociaż też machnął kilka siódemek, źle rozegrał końcówkę i było po sprawie. Zdziwiona Mariola wygrzmocić się nie dała.
Do najniższego stopnia podium dobrała się Halina. Jest to do tej pory jej najbardziej udany występ w MATRIKSIE, więc serdeczne gratulacje! Zaczęła dość brutalnie, bo od WYJEBAŁO, ale później trochę spokorniała. Miała okazję zanotować pierwsze od ponad czterech miesięcy zwycięstwo z Markiem, wybrała jednak inne rozwiązanie: stratę taktyczną (OZW). Plan wyjątkowo sprytny, ale najwyraźniej spalił na panewce, bo przez to przegrała. A miało być tak pięknie!
Ja, niżej podpisana, zameldowałam się tuż za podium. Wszystko cacy, gdyby nie to, że grały tylko cztery osoby. Udało mi się jednak przemycić kita DZIWiONEJ (WIDOcZNEJ było za trudne) i uniemożliwić Markowi zgarnięcie kolejnej pięćsetki. Same chwalebne wyczyny i wyśmienita zabawa, a jak.
Nie ma końca, jest kontynuacja. I tego się trzymajmy. Panu Pawłowi Piaseckiemu jeszcze raz dziękujemy za gościnę oraz serdecznie zapraszamy na towarzyskie rozgrywki, tym razem już w „Klimatach”. To dopiero będzie kontynuacja!
To, co zwiemy początkiem, to często jest kresem,
A dojście do kresu oznacza początek.
Kres jest tam, skąd wyruszamy. A każdy zwrot
I zdanie trafne (gdzie każde słowo jest u siebie w domu,
Zajmując swoje miejsce, aby wspierać inne,
Słowo ani nieśmiałe, ani zbyt dostojne,
Swobodne współdziałanie nowego ze starym,
Słowo potoczne, jasne, ale nie prostackie,
Słowo dokładne, ścisłe, lecz nie pedantyczne,
Cały korowód tańczący zgodnie)
Wers każdy i każda fraza są początkiem i końcem,
Wiersz każdy epitafium. A wszelkie działanie
Krokiem pod topór, w ogień, w gardziel morza
Lub pod nieczytelny kamień: oto skąd wyruszamy.*
Wyniki turnieju
Autor: Katarzyna
* Fragment „Little Gidding” z „Czterech Kwartetów” autorstwa Thomasa Stearnsa Eliota w tłumaczeniu Krzysztofa Boczkowskiego





