Aurea dicta, czyli dylematy skrablisty
Czy wygrywanie jest w dobrym tonie?
Skrablista to człek nadzwyczaj dobrze wychowany i w świecie obyty (zdarza się, że bywa na turniejach w najodleglejszych zakątkach Ziemi, np. w Łomży). Gatunek to taki, że przed każdą partią się przywita, rękę poda, wymieni uprzejmości, a po zakończonej rozgrywce pogratuluje, albo z wrodzoną skromnością gratulacje przyjmie, winszując przeciwnikowi, że dzielnie w szranki stawał. Ale w trakcie partii w skrablistę wstępuje demon. Na pozór wszystko wygląda normalnie: żarty, uśmiechy i wyborna atmosfera. Diabeł jednak nie śpi i, siedząc na ramieniu, szepcze do ucha: „Wygraj. Zachowaj się niestosownie i ograj przeciwnika”. Tak właśnie szepcze. I namawia do faux pas okrutnego. I cóż robić? Część słucha podszeptu złego i wygrywa, artykułując przy tym złote myśli: „Najważniejsza jest racjonalna gospodarka literami”, „Nie losuj samych spółgłosek – w ten sposób ciężko się gra”. Ci, którzy dadzą odpór podszeptom, mogą cieszyć się z moralnego zwycięstwa oraz swojej uprzejmości. Ewentualnie złotych myśli, ale już innego rodzaju.
Patronem, czy raczej patronką, 43. matriksowego turnieju będzie osoba potrafiąca odnaleźć się w przekroju scrabble’owych zachowań. Wspólny mianownik – na słowach znała się znakomicie. Przy tym była specjalistką od savoir-vivre’u i wyżej wspomnianych złotych myśli.
Janina Ipohorska przywitała się ze światem 15 sierpnia 1914 roku w niezwykle kulturalnym mieście Lwowie. Zamiast jednak dygnąć z gracją, zwyczajnie i bezczelnie wydarła swoją niemowlęcą paszczę. Prawdopodobnie właśnie to traumatyczne doświadczenie uczyniło z niej, w późniejszym czasie, peerelowską guru savoir-vivre’u. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Skończyła romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim i stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Miała ogromną słabość do jazzu, francuskich czarnych kryminałów i twórczości Pabla Picassa. W 1940 roku spotkała we Lwowie niejakiego Mariana Eilego, z którym organizowała teatrzyk kukiełkowy. Tuż po wojnie zawędrowała do Krakowa, w którym ukazał się właśnie pierwszy numer tygodnika „„Przekrój”. Zgadnijcie, kto był jego redaktorem naczelnym? Ano właśnie Marian, który najpierw ją zatrudnił, a po kilkunastu miesiącach doszedł do wniosku, że lepszego zastępcy ze świecą szukać.
Publikując na łamach „Przekroju”, posługiwała się różnymi pseudonimami: Jan Kamyczek, Alojzy Kaczanowski, Bracia Rojek. Wcielając się w tego pierwszego, redagowała rubrykę Demokratyczny savoir-vivre, w której udzielała – czasami elementarnych – porad dotyczących kultury zachowania i logiki sytuacyjnej. W odpowiedzi na list czytelniczki, która dopytywała: „Czy jeżeli płacę 100 zł za wstęp na wieczór autorski, to p. Hołuj nie może mieć krawata i białej koszuli, zamiast kraciastej?”, odpisywała: „Wspomniane 100 zł zapłaciła Pani nie jako wstęp na rewię mody, lecz za przyjemność usłyszenia utworów literackich w recytacji samego autora. A czy sądzi Pani, że Hołuj lepiej recytuje w krawacie?”. Rubryka cieszyła się tak dużą popularnością, że ukazujące się w niej teksty doczekały się wydań w postaci poradników „Savoir-vivre dla nastolatków” i „Grzeczność na co dzień”.
Kiedy Pani Janina akurat nie była zajęta przechodzeniem do legendy polskiego dziennikarstwa, to mościła sobie (a jakże! oczywiście na łamach „Przekroju”) wygodne gniazdko w aforystycznym panteonie. Co z tego wynika dla uczestników matriksowych zmagań? Po pierwsze to, że nie możemy wybierać kto wygra turniej – „Gdyby urządzić całkowicie wolne wybory, każdy głosowałby na siebie”. Po drugie, przestroga dla zwycięzcy: „Nie jesteś dobrym artystą dlatego, że inni są jeszcze gorsi”. I jeszcze względne pocieszenie dla tych, którym nie będzie się wiodło – „Zawsze z którejś ambony jest się wyklętym”.
Zapraszamy 15 sierpnia o godzinie 17.30 do „Małej Kawki”. Janina Ipohorska już się tam Wami zaopiekuje!
Patronem, czy raczej patronką, 43. matriksowego turnieju będzie osoba potrafiąca odnaleźć się w przekroju scrabble’owych zachowań. Wspólny mianownik – na słowach znała się znakomicie. Przy tym była specjalistką od savoir-vivre’u i wyżej wspomnianych złotych myśli.
Janina Ipohorska przywitała się ze światem 15 sierpnia 1914 roku w niezwykle kulturalnym mieście Lwowie. Zamiast jednak dygnąć z gracją, zwyczajnie i bezczelnie wydarła swoją niemowlęcą paszczę. Prawdopodobnie właśnie to traumatyczne doświadczenie uczyniło z niej, w późniejszym czasie, peerelowską guru savoir-vivre’u. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Skończyła romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim i stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Miała ogromną słabość do jazzu, francuskich czarnych kryminałów i twórczości Pabla Picassa. W 1940 roku spotkała we Lwowie niejakiego Mariana Eilego, z którym organizowała teatrzyk kukiełkowy. Tuż po wojnie zawędrowała do Krakowa, w którym ukazał się właśnie pierwszy numer tygodnika „„Przekrój”. Zgadnijcie, kto był jego redaktorem naczelnym? Ano właśnie Marian, który najpierw ją zatrudnił, a po kilkunastu miesiącach doszedł do wniosku, że lepszego zastępcy ze świecą szukać.
Publikując na łamach „Przekroju”, posługiwała się różnymi pseudonimami: Jan Kamyczek, Alojzy Kaczanowski, Bracia Rojek. Wcielając się w tego pierwszego, redagowała rubrykę Demokratyczny savoir-vivre, w której udzielała – czasami elementarnych – porad dotyczących kultury zachowania i logiki sytuacyjnej. W odpowiedzi na list czytelniczki, która dopytywała: „Czy jeżeli płacę 100 zł za wstęp na wieczór autorski, to p. Hołuj nie może mieć krawata i białej koszuli, zamiast kraciastej?”, odpisywała: „Wspomniane 100 zł zapłaciła Pani nie jako wstęp na rewię mody, lecz za przyjemność usłyszenia utworów literackich w recytacji samego autora. A czy sądzi Pani, że Hołuj lepiej recytuje w krawacie?”. Rubryka cieszyła się tak dużą popularnością, że ukazujące się w niej teksty doczekały się wydań w postaci poradników „Savoir-vivre dla nastolatków” i „Grzeczność na co dzień”.
Kiedy Pani Janina akurat nie była zajęta przechodzeniem do legendy polskiego dziennikarstwa, to mościła sobie (a jakże! oczywiście na łamach „Przekroju”) wygodne gniazdko w aforystycznym panteonie. Co z tego wynika dla uczestników matriksowych zmagań? Po pierwsze to, że nie możemy wybierać kto wygra turniej – „Gdyby urządzić całkowicie wolne wybory, każdy głosowałby na siebie”. Po drugie, przestroga dla zwycięzcy: „Nie jesteś dobrym artystą dlatego, że inni są jeszcze gorsi”. I jeszcze względne pocieszenie dla tych, którym nie będzie się wiodło – „Zawsze z którejś ambony jest się wyklętym”.
Zapraszamy 15 sierpnia o godzinie 17.30 do „Małej Kawki”. Janina Ipohorska już się tam Wami zaopiekuje!
Autor: Rafał





