XL Turniej w MATRIKSIE im. Gawriła Principa
Udany spisek z niespodziewanym zakończeniem
Środowe popołudnie 25 lipca 2012 roku w Milanówku było parne. Uczestnicy spotkania schodzili się powoli, niektórzy spóźnili się na tyle, że wzięli udział tylko w jego części. Wszyscy (no, oprócz jednej osoby) mieli jednak ten sam cel – nie dopuścić do kolejnego, swobodnego przejazdu lokalnego arcyksięcia. Nie było to jednak spotkanie organizacji Czarna Ręka, do której należał Gawriło Princip, a cel był bezkrwawy – skądinąd lubiany Maciek nie może tym razem wygrać kolejnego turnieju i ustanowić nowego rekordu w serii zwycięstw.
Maciek długo opierał się i odpierał ataki kolejnych zamachowców – nie poradzili mu Marek, Rafał, Mariola i Halina. Czynił to w zaiste widowiskowy sposób, za każdym razem układał ponad 400 punktów i nawet jeśli przeciwnikowi osiągnięcie tej bariery również się udawało, to jednak zawsze miał tych punktów więcej. Do czasu jednak… Przyszedł moment, że szczęście odwróciło się od Maćka. Piotrek bowiem nie dość, że przekroczył 400 punktów, na wszelki wypadek przekroczył także 500 punktów (i to z okładem), a Maćka ledwo wypuścił z 300. Maciek się zachwiał, ale jeszcze nie był pokonany – decydujący sztych zadał zatem Marek, który podrażniony porażką w pierwszej rundzie i zdając sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży za powodzenie całego spisku, nie dał Maćkowi żadnych szans i ostatecznie sam wygrał turniej, a Maciek musiał zadowolić się tym razem drugim miejscem.
Na najniższym stopniu podium zameldował się Piotrek, który ledwo zdążył na pierwszą partię. Trudno powiedzieć, czy to spóźnienie tak go rozkojarzyło, czy może były inne tego przyczyny (nie chciał pić piwa – sic!): dwie pierwsze rundy to przegrane z Kasią i Markiem, a potem bye. Ten odpoczynek chyba mu pomógł – kolejne trzy gry już wygrał wyraźnie i nie przeszkodziło mu w tym ani kładzenie kitów, które spadały (FUGU – to trująca ryba, która jest przysmakiem w Azji, ale wymaga właściwego kucharza, inaczej posiłek może okazać się ostatnim na tym łez padole, słowo to jest w słowniku na portalu z inną grą niż scrabble, ale w OSPS-ie go brak), ani kity kładzione przez przeciwników, których Piotrkowi nie chciało się zdejmować.
Mariola walczyła dzielnie, ale w sumie trochę monotematycznie: dwa razy wygrała wyraźnie z Rafałem i za każdym razem według tego samego scenariusza – szybko kładzione siódemki przeplatane drogimi ruchami skutecznie zniechęcały Rafała, może nie do scrabbli w ogóle, ale do tego turnieju na pewno.
Kasia była piąta i nie był to dla niej szczęśliwy turniej, bo wygrała tylko dwie partie, a nawet i one nie przyniosły pokaźnego urobku punktowego, ledwo przekraczała w nich 300 punktów.
Inny problem miał Rafał – zapomniał, że w scrabble chodzi o to, aby wygrywać partie, a nie kłaść dużo małych punktów. Zasada ta została mu dobitnie uzmysłowiona, bo za każdym razem, gdy przekraczał 400 punktów – przegrywał, gdy ułożył tych punktów najmniej ze wszystkich swoich gier – wygrał.
Halinie tym razem nie udało się wygrać żadnej partii, ale za każdym razem wzrusza całą kohortę, przybywając z zapisami dostosowanymi graficznie do patrona turnieju – bardzo dziękujemy!
Spisek zatem się udał, Maciek nie wygrał turnieju, ale paradoksalnie okazał się jednak zwycięzcą. Zupełnie niepostrzeżenie dokonał się bowiem upadek innego arcyksięcia – Dominik po wielu tygodniach przestał być liderem klubowego rankingu (a był nim od turnieju IX im. Nostradamusa, gdy po raz pierwszy wszedł na listę rankingową MATRIKSA) i abdykował na rzecz Maćka właśnie. Bezkrwawy zamach zatem, choć udany, zamiast pogrążyć Maćka wykreował go na nowego arcyksięcia. W MATRIKSIE kolejny raz wszystko okazało się możliwe…
Wyniki turnieju
Maciek długo opierał się i odpierał ataki kolejnych zamachowców – nie poradzili mu Marek, Rafał, Mariola i Halina. Czynił to w zaiste widowiskowy sposób, za każdym razem układał ponad 400 punktów i nawet jeśli przeciwnikowi osiągnięcie tej bariery również się udawało, to jednak zawsze miał tych punktów więcej. Do czasu jednak… Przyszedł moment, że szczęście odwróciło się od Maćka. Piotrek bowiem nie dość, że przekroczył 400 punktów, na wszelki wypadek przekroczył także 500 punktów (i to z okładem), a Maćka ledwo wypuścił z 300. Maciek się zachwiał, ale jeszcze nie był pokonany – decydujący sztych zadał zatem Marek, który podrażniony porażką w pierwszej rundzie i zdając sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży za powodzenie całego spisku, nie dał Maćkowi żadnych szans i ostatecznie sam wygrał turniej, a Maciek musiał zadowolić się tym razem drugim miejscem.
Na najniższym stopniu podium zameldował się Piotrek, który ledwo zdążył na pierwszą partię. Trudno powiedzieć, czy to spóźnienie tak go rozkojarzyło, czy może były inne tego przyczyny (nie chciał pić piwa – sic!): dwie pierwsze rundy to przegrane z Kasią i Markiem, a potem bye. Ten odpoczynek chyba mu pomógł – kolejne trzy gry już wygrał wyraźnie i nie przeszkodziło mu w tym ani kładzenie kitów, które spadały (FUGU – to trująca ryba, która jest przysmakiem w Azji, ale wymaga właściwego kucharza, inaczej posiłek może okazać się ostatnim na tym łez padole, słowo to jest w słowniku na portalu z inną grą niż scrabble, ale w OSPS-ie go brak), ani kity kładzione przez przeciwników, których Piotrkowi nie chciało się zdejmować.
Mariola walczyła dzielnie, ale w sumie trochę monotematycznie: dwa razy wygrała wyraźnie z Rafałem i za każdym razem według tego samego scenariusza – szybko kładzione siódemki przeplatane drogimi ruchami skutecznie zniechęcały Rafała, może nie do scrabbli w ogóle, ale do tego turnieju na pewno.
Kasia była piąta i nie był to dla niej szczęśliwy turniej, bo wygrała tylko dwie partie, a nawet i one nie przyniosły pokaźnego urobku punktowego, ledwo przekraczała w nich 300 punktów.
Inny problem miał Rafał – zapomniał, że w scrabble chodzi o to, aby wygrywać partie, a nie kłaść dużo małych punktów. Zasada ta została mu dobitnie uzmysłowiona, bo za każdym razem, gdy przekraczał 400 punktów – przegrywał, gdy ułożył tych punktów najmniej ze wszystkich swoich gier – wygrał.
Halinie tym razem nie udało się wygrać żadnej partii, ale za każdym razem wzrusza całą kohortę, przybywając z zapisami dostosowanymi graficznie do patrona turnieju – bardzo dziękujemy!
Spisek zatem się udał, Maciek nie wygrał turnieju, ale paradoksalnie okazał się jednak zwycięzcą. Zupełnie niepostrzeżenie dokonał się bowiem upadek innego arcyksięcia – Dominik po wielu tygodniach przestał być liderem klubowego rankingu (a był nim od turnieju IX im. Nostradamusa, gdy po raz pierwszy wszedł na listę rankingową MATRIKSA) i abdykował na rzecz Maćka właśnie. Bezkrwawy zamach zatem, choć udany, zamiast pogrążyć Maćka wykreował go na nowego arcyksięcia. W MATRIKSIE kolejny raz wszystko okazało się możliwe…
Wyniki turnieju
Autor: Marek





