XXXIX Turniej w MATRIKSIE im. Axela Paulsena
Akrobacje na planszach
Ostatnia środa w MATRIKSIE upłynęła pod patronatem wszechstronnie uzdolnionego łyżwiarza. Niezły psotnik był z tego Paulsena – prędki, a do tego pełen zmyślnej gracji. U scrabblistów niestety nie idzie to w parze zbyt często; delikwent popisze się finezją w kilku ruchach, pracowicie kombinuje, a tu spada czas. Pojawiają się jednak wyjątki, może nawet wśród matriksowej kohorty. A i tym mniej wyjątkowym zdarzają się gry, których nie powstydziłby się sam Axel Paulsen.
Pierwsze miejsce – dla miłej odmiany – zajął będący w świetnej formie Maciek. Już w pierwszej partii przemycił SFIKAĆ (ponoć bez premedytacji), a w następnych zajął się psychicznym osłabianiem przeciwników i asekuracyjnym blokowaniem planszy. Chwilę pograł sam ze sobą, zgubił kilka siódemek i ostatecznie przegrał jedynie rewanż z Rafałem, kiedy – na swoją zgubę – łapczywie wyciągnął z woreczka o jedną literę za dużo. Piekielnie szybko odrabiał spore straty punktowe, a później odjeżdżał przeciwnikom na bezpieczną odległość – nieźle się zabawił, pewnie z nie mniejszą wirtuozerią niż nasz patron poczynał sobie na lodzie. Za to nie udało mu się utrzymać passy partii „powyżej 400”, a ciąg zwycięskich gier zakończył się na piętnastce. Nie można mieć wszystkiego.
Pół dużego punktu zabrakło Rafałowi do zgarnięcia najwyższego miejsca na podium. Wszystko w zasadzie przez remis z Kamilą (warto wspomnieć – jest to trzeci remis w historii MATRIKSA). Chociaż – kto wie – może, gdyby pierwsza partia tak go nie rozjuszyła, do następnych nie podszedłby z taką zawziętością? Zlał Dominika, zlał Marka, a później urządził rzeź niewinnej zawodniczce. Odegrał się? A jak.
Podium zamyka Marek, który umościł się przy odizolowanym od reszty kohorty stoliku, gdzie zapraszał swoich przeciwników, wciągając ich we właściwą jego grze senną atmosferę. A tam ich niespiesznie załatwiał. Zaliczył kilka strat (między innymi dość kuriozalną: POWSZYWA), robił częste wycieczki do słownika, a podczas gry z Maćkiem spadł mu czas. Wygląda na to, że „powolna” taktyka wymaga jeszcze dopracowania.
Na czwartej pozycji uplasowała się Mariola, od reszty dziewcząt oddzielona przez Dominika (pierwszy raz na piątym miejscu!) i Julka, któremu – chociaż walczył dzielnie – starsi gracze pokazali, ile jeszcze trzeba się nauczyć. Ja, Halina i Kamila obstawiłyśmy trzy ostatnie pozycje, ale również ładnie się ubawiłyśmy. W końcu o to chodzi.
Frekwencja dopisała, gracze wrócili z przeróżnych wojaży i ochoczo zasiedli do stolików. Niektórzy działali z kunsztem, inni popełniali błędy, a czasem komuś puściły nerwy. Na brak dynamizmu nie dało się narzekać, a - kiedy ten się znudził - można było liczyć na przydział do pozornie spokojnego zakątka Marka, gdzie czasem widać było finezję właściwą naszemu patronowi. Tym razem zaczęliśmy wcześniej i rozegraliśmy sześć partii. Szybko i skocznie. Wyniki naszych akrobacji:
Wyniki turnieju
Pierwsze miejsce – dla miłej odmiany – zajął będący w świetnej formie Maciek. Już w pierwszej partii przemycił SFIKAĆ (ponoć bez premedytacji), a w następnych zajął się psychicznym osłabianiem przeciwników i asekuracyjnym blokowaniem planszy. Chwilę pograł sam ze sobą, zgubił kilka siódemek i ostatecznie przegrał jedynie rewanż z Rafałem, kiedy – na swoją zgubę – łapczywie wyciągnął z woreczka o jedną literę za dużo. Piekielnie szybko odrabiał spore straty punktowe, a później odjeżdżał przeciwnikom na bezpieczną odległość – nieźle się zabawił, pewnie z nie mniejszą wirtuozerią niż nasz patron poczynał sobie na lodzie. Za to nie udało mu się utrzymać passy partii „powyżej 400”, a ciąg zwycięskich gier zakończył się na piętnastce. Nie można mieć wszystkiego.
Pół dużego punktu zabrakło Rafałowi do zgarnięcia najwyższego miejsca na podium. Wszystko w zasadzie przez remis z Kamilą (warto wspomnieć – jest to trzeci remis w historii MATRIKSA). Chociaż – kto wie – może, gdyby pierwsza partia tak go nie rozjuszyła, do następnych nie podszedłby z taką zawziętością? Zlał Dominika, zlał Marka, a później urządził rzeź niewinnej zawodniczce. Odegrał się? A jak.
Podium zamyka Marek, który umościł się przy odizolowanym od reszty kohorty stoliku, gdzie zapraszał swoich przeciwników, wciągając ich we właściwą jego grze senną atmosferę. A tam ich niespiesznie załatwiał. Zaliczył kilka strat (między innymi dość kuriozalną: POWSZYWA), robił częste wycieczki do słownika, a podczas gry z Maćkiem spadł mu czas. Wygląda na to, że „powolna” taktyka wymaga jeszcze dopracowania.
Na czwartej pozycji uplasowała się Mariola, od reszty dziewcząt oddzielona przez Dominika (pierwszy raz na piątym miejscu!) i Julka, któremu – chociaż walczył dzielnie – starsi gracze pokazali, ile jeszcze trzeba się nauczyć. Ja, Halina i Kamila obstawiłyśmy trzy ostatnie pozycje, ale również ładnie się ubawiłyśmy. W końcu o to chodzi.
Frekwencja dopisała, gracze wrócili z przeróżnych wojaży i ochoczo zasiedli do stolików. Niektórzy działali z kunsztem, inni popełniali błędy, a czasem komuś puściły nerwy. Na brak dynamizmu nie dało się narzekać, a - kiedy ten się znudził - można było liczyć na przydział do pozornie spokojnego zakątka Marka, gdzie czasem widać było finezję właściwą naszemu patronowi. Tym razem zaczęliśmy wcześniej i rozegraliśmy sześć partii. Szybko i skocznie. Wyniki naszych akrobacji:
Wyniki turnieju
Autor: Katarzyna





