Księga (scrabble’owego) niepokoju
Kogo spotkamy?
MATRIKS może wszystko. Bywa, że dzieją się w nim rzeczy niezrozumiałe, zadziwiające, czasem wyjątkowo tajemnicze. Istnieje jednak wspólny mianownik, jedno zdanie, pod którym mogą podpisać się wszyscy, którzy do niego trafili. Jego autorem jest patron naszego kolejnego turnieju. „Słowa są dla mnie czymś namacalnym” – napisał w „Księdze niepokoju” Bernardo Soares, portugalski pomocnik księgowy i pisarz, który… nie istniał.
Jak to możliwe? Przenieśmy się do Lizbony, w której 13 czerwca 1888 roku przyszedł na świat człowiek wyprzedzający swoją epokę. Kiedy był dzieckiem, zmarł jego ojciec. Matka ponownie wyszła za mąż, za portugalskiego konsula w Durbanie. W RPA spędził 12 lat, w tym czasie biegle opanował angielski i francuski. Poznał też wielu nowych przyjaciół, chociaż lepsze wydaje się sformułowanie „odkrył w sobie”, ponieważ żaden z nich, mimo że prowadził z nimi długie rozmowy, tak naprawdę nie istniał. W Lizbonie pojawił się jako siedemnastolatek i w zasadzie do końca życia już jej nie opuścił.
Łatwo pomyśleć – dziwny człowiek. Albo wariat. A może jednak postać o wyjątkowym postrzeganiu świata, którego większość ludzi nie byłaby w stanie zrozumieć? Utrzymywał się z pisania listów dla lizbońskich firm handlowych. Całkiem dobrze zarabiał na swojej profesji, dzięki temu nie musiał martwić się o pieniądze i spokojnie oddawał się swojej prawdziwej pasji – pisaniu. Za jego życia ukazało się tylko kilka miniaturowych zbiorów poezji, pojedyncze wiersze były też publikowane w czasopismach literackich (zazwyczaj tych, które sam redagował). Prawdziwie nieśmiertelną sławę zyskał dopiero po śmierci. Ale o tym później.
Słowo-klucz, które pozwala otworzyć drzwi do poznania jego tożsamości (lub jej braku), to: heteronim (niestety OSPS go nie uznaje). Nasz patron tworzył całkiem realne postacie, którym przypisywał autorstwo swoich tekstów. Każda z nich była obdarzona zadziwiająco autentyczną biografią – z odmiennymi poglądami, wyglądem, doświadczeniami. Do najbardziej znanych należą Alberto Caeiro (urodzony rok później niż nasz patron; samouk, piszący wiersze podobne do buddyjskich koanów, który zmarł na gruźlicę w wieku 26 lat), Ricardo Reis (starszy o dwa lata od Caeiro; lekarz, który wyemigrował do Brazylii), Alvaro de Campos (lubiący absynt i opium dandys, studiował inżynierię morską w Glasgow) i wspomniany już Bernardo Soares.
W liście do swojego przyjaciela bohater tego tekstu wyjaśniał: „Odkąd byłem małym dzieckiem, czułem, że ciągnie mnie do tworzenia wokół mnie fikcyjnego świata i otaczania się przyjaciółmi i znajomymi, którzy nigdy nie istnieli”.
A następnie dodawał „…podszedłem do wysokiego biurka, wziąłem kartkę papieru i zacząłem pisać, cały czas stojąc, jako że zawsze piszę wtedy, kiedy tylko mogę. Napisałem od ręki ponad trzydzieści wierszy, będąc w swego rodzaju ekstazie, której pochodzenia nie jestem w stanie określić. To był dzień triumfu w moim życiu, drugi taki, nigdy nie nastąpi. Zacząłem od tytułu „Pasterz owiec”, to co potem nastąpiło było przejawem kogoś wewnątrz mnie, komu od razu dałem imię Alberto Caeiro. Wybacz absurdalność tego zwrotu: mój mistrz objawił się we mnie”.
Obecnie Fernando Pessoa – bo to o nim mowa – uznawany jest za najwybitniejszego przedstawiciela portugalskiego modernizmu. Wszystkie wcielenia udało mu się w końcu połączyć w paradoksalny i niezamierzony sposób. Choć było go wielu, to każdy jego heteronim lubił zwilżyć gardło jakimś zacnym trunkiem. Pessoa zmarł w wieku 47 lat na marskość wątroby, a wraz z nim Alberto, Ricardo, Alvaro, Bernardo i wielu innych. Pozostawił po sobie (pozostawili?) ponad 27 000 dokumentów zamkniętych w drewnianym kufrze: wierszy, rozpraw, powieści, opowiadań. Część z nich do tej pory nie została opublikowana, ale badacze jego twórczości doszukali się 72 fikcyjnych postaci, którym Pessoa przypisywał autorstwo tekstów zamkniętych w kufrze. Każdy z nich został napisany tym samym charakterem pisma. Charakterem Pessoi.
Scrabble’owa twórczość bywalców MATRIKSA również bardzo się od siebie różni, podobnie jak ich biografie. Dlatego warto odwiedzić „Małą Kawkę” w środę o 18.30 i doświadczyć czegoś niepowtarzalnego. Zapraszamy!
Jak to możliwe? Przenieśmy się do Lizbony, w której 13 czerwca 1888 roku przyszedł na świat człowiek wyprzedzający swoją epokę. Kiedy był dzieckiem, zmarł jego ojciec. Matka ponownie wyszła za mąż, za portugalskiego konsula w Durbanie. W RPA spędził 12 lat, w tym czasie biegle opanował angielski i francuski. Poznał też wielu nowych przyjaciół, chociaż lepsze wydaje się sformułowanie „odkrył w sobie”, ponieważ żaden z nich, mimo że prowadził z nimi długie rozmowy, tak naprawdę nie istniał. W Lizbonie pojawił się jako siedemnastolatek i w zasadzie do końca życia już jej nie opuścił.
Łatwo pomyśleć – dziwny człowiek. Albo wariat. A może jednak postać o wyjątkowym postrzeganiu świata, którego większość ludzi nie byłaby w stanie zrozumieć? Utrzymywał się z pisania listów dla lizbońskich firm handlowych. Całkiem dobrze zarabiał na swojej profesji, dzięki temu nie musiał martwić się o pieniądze i spokojnie oddawał się swojej prawdziwej pasji – pisaniu. Za jego życia ukazało się tylko kilka miniaturowych zbiorów poezji, pojedyncze wiersze były też publikowane w czasopismach literackich (zazwyczaj tych, które sam redagował). Prawdziwie nieśmiertelną sławę zyskał dopiero po śmierci. Ale o tym później.
Słowo-klucz, które pozwala otworzyć drzwi do poznania jego tożsamości (lub jej braku), to: heteronim (niestety OSPS go nie uznaje). Nasz patron tworzył całkiem realne postacie, którym przypisywał autorstwo swoich tekstów. Każda z nich była obdarzona zadziwiająco autentyczną biografią – z odmiennymi poglądami, wyglądem, doświadczeniami. Do najbardziej znanych należą Alberto Caeiro (urodzony rok później niż nasz patron; samouk, piszący wiersze podobne do buddyjskich koanów, który zmarł na gruźlicę w wieku 26 lat), Ricardo Reis (starszy o dwa lata od Caeiro; lekarz, który wyemigrował do Brazylii), Alvaro de Campos (lubiący absynt i opium dandys, studiował inżynierię morską w Glasgow) i wspomniany już Bernardo Soares.
W liście do swojego przyjaciela bohater tego tekstu wyjaśniał: „Odkąd byłem małym dzieckiem, czułem, że ciągnie mnie do tworzenia wokół mnie fikcyjnego świata i otaczania się przyjaciółmi i znajomymi, którzy nigdy nie istnieli”.
A następnie dodawał „…podszedłem do wysokiego biurka, wziąłem kartkę papieru i zacząłem pisać, cały czas stojąc, jako że zawsze piszę wtedy, kiedy tylko mogę. Napisałem od ręki ponad trzydzieści wierszy, będąc w swego rodzaju ekstazie, której pochodzenia nie jestem w stanie określić. To był dzień triumfu w moim życiu, drugi taki, nigdy nie nastąpi. Zacząłem od tytułu „Pasterz owiec”, to co potem nastąpiło było przejawem kogoś wewnątrz mnie, komu od razu dałem imię Alberto Caeiro. Wybacz absurdalność tego zwrotu: mój mistrz objawił się we mnie”.
Obecnie Fernando Pessoa – bo to o nim mowa – uznawany jest za najwybitniejszego przedstawiciela portugalskiego modernizmu. Wszystkie wcielenia udało mu się w końcu połączyć w paradoksalny i niezamierzony sposób. Choć było go wielu, to każdy jego heteronim lubił zwilżyć gardło jakimś zacnym trunkiem. Pessoa zmarł w wieku 47 lat na marskość wątroby, a wraz z nim Alberto, Ricardo, Alvaro, Bernardo i wielu innych. Pozostawił po sobie (pozostawili?) ponad 27 000 dokumentów zamkniętych w drewnianym kufrze: wierszy, rozpraw, powieści, opowiadań. Część z nich do tej pory nie została opublikowana, ale badacze jego twórczości doszukali się 72 fikcyjnych postaci, którym Pessoa przypisywał autorstwo tekstów zamkniętych w kufrze. Każdy z nich został napisany tym samym charakterem pisma. Charakterem Pessoi.
Scrabble’owa twórczość bywalców MATRIKSA również bardzo się od siebie różni, podobnie jak ich biografie. Dlatego warto odwiedzić „Małą Kawkę” w środę o 18.30 i doświadczyć czegoś niepowtarzalnego. Zapraszamy!
Autor: Rafał





