XXX Turniej w MATRIKSIE im. Macieja Zembatego
Niezłe jazdy
Tak jak patron naszego ostatniego turnieju podróżował w swej twórczości pomiędzy czarnym humorem, a nawet ponurym, przygnębiającym smęceniem, poprzez groteskę ku zwariowanemu, absurdalnemu humorowi czy liryzmowi (to głównie za sprawą Cohena, którego tłumaczył i śpiewał), tak, jak wspinał się na szczyty pomysłowości i finezji w pierwszej odsłonie „Przygód wuja Alberta” z lat 70., by popaść we wtórność, koniunkturalizm i fatalną realizację w drugiej wersji z roku 2007 (opinia, oczywiście, moja prywatna, ale sądząc po licznych wypowiedziach w Internecie, nieodosobniona), tak i my przeżywamy wahania przychylności fortuny, własnej formy, a co za tym idzie – osiąganych wyników, podczas naszych zmagań przy planszach. To uczucie bezsilności, gdy atakują nas nieprzyjazne zestawy liter, a gdy wymieniamy, to na jeszcze gorsze, ale i uczucie bliskie błogostanowi, gdy płytki same układają się na stojaku, a co ważniejsze – doskonale pasują do sytuacji na planszy, zna chyba każdy skrablista. Nierzadko takie wzloty i upadki przeżywamy w tej samej partii, np. beznadziejny początek i piorunujący finisz, podczas którego niwelujemy gigantyczną stratę.
Nie inaczej było i ostatniej środy w MATRIKSIE. Najdobitniej chyba świadczą o tym dokonania autorki zapowiedzi – Marioli, która w kolejnych partiach zanotowała następujące różnice punktowe: -247, +61, -164, +193 i -75. Huśtawka wzorcowa. Oczywiście istotne jest też, z kim się gra, i na ile ów przeciwnik pozwala, niemniej sytuację, gdy raz ledwo się wychodzi z 200, by za chwilę położyć 500, trudno nazwać normalną. Ale może właśnie to czyni naszą grę tak wciągającą.
Patron turnieju nie był, o ile nam wiadomo, mizoginem, ale wyjątkowo nieprzychylnie potraktował płeć piękną, która obstawiła cztery ostatnie miejsca, nie wygrywając ponadto żadnego z sześciu starć damsko-męskich. Najwyżej z pań, z trzema zwycięstwami, uplasowała się Kasia, która jednak też miała swoje Waterloo w liczbie dwóch – z Markiem i autorem tych słów (mimo mojej optymistycznej straty WENTYLEK). Jak sama jednak przyznała, po części to chyba kwestia nieodpowiedniego nastawienia, bo ciężko wygrać, siadając do planszy z widmem porażki w oczach.
A co na górze?
Czwarte miejsce (dopiero po raz drugi) zajął Marek, który ostatnio nie może przełamać „kompleksu Dominika”, przegrywając piątą i szóstą partię z rzędu. A ostatnią mógł wygrać, gdyby znalazł hedszota MONOwSKI.
Niekwestionowany lider klubowego rankingu – Dominik, tradycyjnie ogrywał wysoko prawie wszystkich. A jednak w partii z niżej podpisanym mógł tylko złorzeczyć pod nosem i bezsilnie przyglądać się, jak wtykam mu kolejne siódemki, odjeżdżając w siną dal ulokowaną daleko poza granicą 500 punktów. Jednakże w partii z Rafałem częściowo sam zapracował sobie na porażkę, gdy nieskrępowana wyobraźnia podsunęła mu dwie nieistniejące siódemki: KENAFIT i NITERKA. W rezultacie zajął najniższy stopień podium.
Rafał przeżywał męki podczas pierwszej partii z Kamilą i cudem tylko uratował się w końcówce, gdy przeciwniczka (przerażona chyba perspektywą przełamania serii porażek z Rafałem) wypuściła zwycięstwo z rąk. W drugiej rundzie los się już uśmiechnął, o czym w następnym akapicie. Po pierwszych trzech, zakończonych zwycięstwami, partiach, nastąpiły jednak dwie porażki, co wystarczyło do zajęcia drugiego miejsca.
W końcu niżej podpisany miał chyba najmniej powodów do narzekań na los. Ale jeśli się jest imiennikiem patrona... Niemniej w drugiej partii Rafał zaaplikował mu zimny prysznic, gdy po spokojnym początku dwoma siódemkowymi ciosami (PTAkAMI i WaRZYWNI) odjechał na ponad 100 pkt. Dwie wymiany i desperackie próby otwierania planszy na nic się zdały, co gorsza, Rafał skasował wystawione czerwone premie ruchami za 54 (OBYĆ) i 69 pkt. (LODŹ). Kolejne dwie partie to bezproblemowe pogromy urządzone odpowiednio Marioli i Dominikowi. Losy zwycięstwa w turnieju decydowały się w ostatniej rundzie. I tu chyba też patron postanowił mi pomóc, bo gdy na trzy ruchy przed końcem przegrywałem o 80 pkt., zesłał najpierw siódemkę pozwalającą na złapanie kontaktu, a na sam koniec niewątpliwie zamącił rywalowi w umyśle, który zamiast zablokować jedyne miejsce na hedszota, zajął się tanim blokowaniem czerwonej premii.
I tak to się odbyło... trzask, prask i po wszystkim, jakby powiedział dziadek Jacek.
Wyniki turnieju
Nie inaczej było i ostatniej środy w MATRIKSIE. Najdobitniej chyba świadczą o tym dokonania autorki zapowiedzi – Marioli, która w kolejnych partiach zanotowała następujące różnice punktowe: -247, +61, -164, +193 i -75. Huśtawka wzorcowa. Oczywiście istotne jest też, z kim się gra, i na ile ów przeciwnik pozwala, niemniej sytuację, gdy raz ledwo się wychodzi z 200, by za chwilę położyć 500, trudno nazwać normalną. Ale może właśnie to czyni naszą grę tak wciągającą.
Patron turnieju nie był, o ile nam wiadomo, mizoginem, ale wyjątkowo nieprzychylnie potraktował płeć piękną, która obstawiła cztery ostatnie miejsca, nie wygrywając ponadto żadnego z sześciu starć damsko-męskich. Najwyżej z pań, z trzema zwycięstwami, uplasowała się Kasia, która jednak też miała swoje Waterloo w liczbie dwóch – z Markiem i autorem tych słów (mimo mojej optymistycznej straty WENTYLEK). Jak sama jednak przyznała, po części to chyba kwestia nieodpowiedniego nastawienia, bo ciężko wygrać, siadając do planszy z widmem porażki w oczach.
A co na górze?
Czwarte miejsce (dopiero po raz drugi) zajął Marek, który ostatnio nie może przełamać „kompleksu Dominika”, przegrywając piątą i szóstą partię z rzędu. A ostatnią mógł wygrać, gdyby znalazł hedszota MONOwSKI.
Niekwestionowany lider klubowego rankingu – Dominik, tradycyjnie ogrywał wysoko prawie wszystkich. A jednak w partii z niżej podpisanym mógł tylko złorzeczyć pod nosem i bezsilnie przyglądać się, jak wtykam mu kolejne siódemki, odjeżdżając w siną dal ulokowaną daleko poza granicą 500 punktów. Jednakże w partii z Rafałem częściowo sam zapracował sobie na porażkę, gdy nieskrępowana wyobraźnia podsunęła mu dwie nieistniejące siódemki: KENAFIT i NITERKA. W rezultacie zajął najniższy stopień podium.
Rafał przeżywał męki podczas pierwszej partii z Kamilą i cudem tylko uratował się w końcówce, gdy przeciwniczka (przerażona chyba perspektywą przełamania serii porażek z Rafałem) wypuściła zwycięstwo z rąk. W drugiej rundzie los się już uśmiechnął, o czym w następnym akapicie. Po pierwszych trzech, zakończonych zwycięstwami, partiach, nastąpiły jednak dwie porażki, co wystarczyło do zajęcia drugiego miejsca.
W końcu niżej podpisany miał chyba najmniej powodów do narzekań na los. Ale jeśli się jest imiennikiem patrona... Niemniej w drugiej partii Rafał zaaplikował mu zimny prysznic, gdy po spokojnym początku dwoma siódemkowymi ciosami (PTAkAMI i WaRZYWNI) odjechał na ponad 100 pkt. Dwie wymiany i desperackie próby otwierania planszy na nic się zdały, co gorsza, Rafał skasował wystawione czerwone premie ruchami za 54 (OBYĆ) i 69 pkt. (LODŹ). Kolejne dwie partie to bezproblemowe pogromy urządzone odpowiednio Marioli i Dominikowi. Losy zwycięstwa w turnieju decydowały się w ostatniej rundzie. I tu chyba też patron postanowił mi pomóc, bo gdy na trzy ruchy przed końcem przegrywałem o 80 pkt., zesłał najpierw siódemkę pozwalającą na złapanie kontaktu, a na sam koniec niewątpliwie zamącił rywalowi w umyśle, który zamiast zablokować jedyne miejsce na hedszota, zajął się tanim blokowaniem czerwonej premii.
I tak to się odbyło... trzask, prask i po wszystkim, jakby powiedział dziadek Jacek.
Wyniki turnieju
Autor: Maciej nie-Zembaty





