XXIX Turniej w MATRIKSIE im. Gustafa de Lavala
Nie do końca na przekór
Gustaf de Laval, będący patronem ostatniego matriksowego turnieju, słynął przede wszystkim jako wynalazca. O dziwo, w tym tygodniu klubowa kohorta scrabblistów – zupełnie wbrew niespokojnemu umysłowi twórczego Szweda – wędrowała utartymi ścieżkami i nie dawała upustu swoim fantazjom na planszach. Można by się spodziewać chociaż jakichś spektakularnych kitów, ale i tutaj nikt się za bardzo nie popisał; padały (bo czasem nawet nie spadały, a przechodziły niezauważone, co może świadczyć o dekoncentracji przeciwnika, ale też o niespecjalnej inwencji w kitowaniu) zaledwie marne IS czy BEGO. Zupełnie bez polotu!
Trzech zawodników zakończyło turniej z czterema zwycięstwami, ale to Maciek zdobył najwięcej małych punktów i zajął pierwsze miejsce. Być może zmyślny patron wyjątkowo sprzyjał jedynemu klubowiczowi mogącemu pochwalić się jakimkolwiek patentem; pomimo dwukrotnego przekroczenia pięciuset punktów, sam zwycięzca stwierdził, że grał „tak sobie”. Nie kitował, niczego szczególnego nie przeoczył – ot, dobra, poprawna gra. Tak dobra, że – spokojnie punktując i nie dając odskoczyć przeciwnikowi – mógł sobie pozwolić na przegranie ostatniej partii z Robertem. Goszczący u nas w tym tygodniu Macak uplasował się na drugiej pozycji. Zgarnięte blanki trzymał do końca, blokował planszę i wygrywał. Nie udało mu się jedynie podczas pierwszego pojedynku z Maćkiem. Na uwagę zasługuje jednak położona przez dwie litery (A i O) siódemka ADNOTACJO.
Podium zamyka Marek, tym razem uległ tylko Robertowi, który niesłusznie posądził go o brak kunsztu. Tego akurat nie można mu odmówić. Marek z uśmiechem i dobrą radą miażdżył przeciwników mentalnie, czasem próbował wcisnąć kit, a na koniec trafiło mu się wielkie żarcie, które umiejętnie wykorzystał. Mnie udało się wygrać zaledwie dwie partie i to obydwie z przeciwnikiem, który nie garnął się do zwycięstwa. To w zasadzie prawie jak przegrać, zwłaszcza że różnica w punktach aż taka duża nie była. Za to miłym akcentem były niezwykle przychylne literki w pierwszej partii z Rafałem. Od razu wyciągnęłam z woreczka zestaw DŁAWIŁY, a on na samym środku planszy umiejscowił U w jakimś tanim, trzyliterowym wyrazie. I tak przez resztę gry. Idealnie.
Jednym zwycięstwem może pochwalić się debiutująca w klubie pani Agnieszka, która skusiła się jednak tylko na trzy partyjki. Biorąc pod uwagę jej umiejętności, spodziewam się, że turniej mógłby potoczyć się trochę inaczej, gdyby zdecydowała się na wszystkie gry. Zapraszamy ponownie!
Nawiązując do zapowiedzi napisanej przez Rafała, można powiedzieć, że to on dał się wydoić i nawet tego czynnego oporu nie stawiał. Przez większą część turnieju bezgłośnie przeklinał i chichotał do swojego stojaka, na którym zwykle znajdowały się najwyborniejsze spółgłoski w całym zestawie. Niczego nie wygrał, ale za to desperacko próbował wcisnąć JAMIAŚCI, a to mogłoby się spodobać naszemu patronowi. Prześladowały go też ZRAZIKI, co działało na wyobraźnię obmyślającej szczegóły czerwcowego turnieju Marioli, która tym razem nie grała, a krążyła pomiędzy stołami. Dopiero ucieczka pani Agnieszki i widmo bye’a sprawiły, że na dwie partie zasiadła do stolika i podstępny program w obydwu przypadkach rozstawił ją z Markiem.
Był to dziwny, trochę senny turniej. Niektórzy klubowicze się nie pojawili, natomiast ci, którzy przyszli czasem sprawiali wrażenie nie bardziej obecnych niż tamci. A myśli niekoniecznie snuły się wokół plansz. Cóż, można tylko zgadywać, co siedzi w głowach scrabblistów i skąd mają tyle zmarszczek na czołach, ale ja podejrzewam, że – pomimo pewnego zmęczenia, a może nawet scrabble’owej stagnacji, które towarzyszyły nam w tę środę – jasne oczy naszego szwedzkiego patrona spojrzałyby na to wszystko z aprobatą.
Wyniki turnieju
Trzech zawodników zakończyło turniej z czterema zwycięstwami, ale to Maciek zdobył najwięcej małych punktów i zajął pierwsze miejsce. Być może zmyślny patron wyjątkowo sprzyjał jedynemu klubowiczowi mogącemu pochwalić się jakimkolwiek patentem; pomimo dwukrotnego przekroczenia pięciuset punktów, sam zwycięzca stwierdził, że grał „tak sobie”. Nie kitował, niczego szczególnego nie przeoczył – ot, dobra, poprawna gra. Tak dobra, że – spokojnie punktując i nie dając odskoczyć przeciwnikowi – mógł sobie pozwolić na przegranie ostatniej partii z Robertem. Goszczący u nas w tym tygodniu Macak uplasował się na drugiej pozycji. Zgarnięte blanki trzymał do końca, blokował planszę i wygrywał. Nie udało mu się jedynie podczas pierwszego pojedynku z Maćkiem. Na uwagę zasługuje jednak położona przez dwie litery (A i O) siódemka ADNOTACJO.
Podium zamyka Marek, tym razem uległ tylko Robertowi, który niesłusznie posądził go o brak kunsztu. Tego akurat nie można mu odmówić. Marek z uśmiechem i dobrą radą miażdżył przeciwników mentalnie, czasem próbował wcisnąć kit, a na koniec trafiło mu się wielkie żarcie, które umiejętnie wykorzystał. Mnie udało się wygrać zaledwie dwie partie i to obydwie z przeciwnikiem, który nie garnął się do zwycięstwa. To w zasadzie prawie jak przegrać, zwłaszcza że różnica w punktach aż taka duża nie była. Za to miłym akcentem były niezwykle przychylne literki w pierwszej partii z Rafałem. Od razu wyciągnęłam z woreczka zestaw DŁAWIŁY, a on na samym środku planszy umiejscowił U w jakimś tanim, trzyliterowym wyrazie. I tak przez resztę gry. Idealnie.
Jednym zwycięstwem może pochwalić się debiutująca w klubie pani Agnieszka, która skusiła się jednak tylko na trzy partyjki. Biorąc pod uwagę jej umiejętności, spodziewam się, że turniej mógłby potoczyć się trochę inaczej, gdyby zdecydowała się na wszystkie gry. Zapraszamy ponownie!
Nawiązując do zapowiedzi napisanej przez Rafała, można powiedzieć, że to on dał się wydoić i nawet tego czynnego oporu nie stawiał. Przez większą część turnieju bezgłośnie przeklinał i chichotał do swojego stojaka, na którym zwykle znajdowały się najwyborniejsze spółgłoski w całym zestawie. Niczego nie wygrał, ale za to desperacko próbował wcisnąć JAMIAŚCI, a to mogłoby się spodobać naszemu patronowi. Prześladowały go też ZRAZIKI, co działało na wyobraźnię obmyślającej szczegóły czerwcowego turnieju Marioli, która tym razem nie grała, a krążyła pomiędzy stołami. Dopiero ucieczka pani Agnieszki i widmo bye’a sprawiły, że na dwie partie zasiadła do stolika i podstępny program w obydwu przypadkach rozstawił ją z Markiem.
Był to dziwny, trochę senny turniej. Niektórzy klubowicze się nie pojawili, natomiast ci, którzy przyszli czasem sprawiali wrażenie nie bardziej obecnych niż tamci. A myśli niekoniecznie snuły się wokół plansz. Cóż, można tylko zgadywać, co siedzi w głowach scrabblistów i skąd mają tyle zmarszczek na czołach, ale ja podejrzewam, że – pomimo pewnego zmęczenia, a może nawet scrabble’owej stagnacji, które towarzyszyły nam w tę środę – jasne oczy naszego szwedzkiego patrona spojrzałyby na to wszystko z aprobatą.
Wyniki turnieju
Autor: Katarzyna




