XXV Turniej w MATRIKSIE im. Samuela Bogumiła Lindego
O tym, jak słowa budzą emocje
Patron ostatniego matriksowego turnieju – choć nie sposób nie cenić jego osiągnięć – był ponoć człowiekiem małostkowym, chwiejnym i uległym. Te niepochlebne słowa wzięły się prawdopodobnie stąd, że – według Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego - „Linde nie przejawiał większego zainteresowania” katedrą slawistyki, którą przewidział dla niego minister Stanisław Kostka Potocki, a jedynie blokował możliwość jej przejęcia innym, bardziej entuzjastycznym kandydatom. Srabbliści małostkowi nie są, ale im również zdarza się coś zablokować; nigdy nie ma w tym jednak niedostatku woli czy braku zamiłowania do gry. Wręcz przeciwnie! Wszystkie te – zdawałoby się – niekoleżeńskie zagrywki popełniane są zwykle z rozmysłem i błyskiem rozbawienia w oczach, co w przedziwny sposób potrafi jeszcze bardziej zdenerwować przeciwnika.
Niekwestionowanym mistrzem ostatniego turnieju okazał się Piotr, któremu nie wystarczył komplet pięciu zwycięstw, więc łapczywie zagarnął przy okazji trzy klubowe rekordy: najwyższą średnią małych punktów, największą ich ilość w grze oraz największą różnicę. Od samego początku wciskał przeciwnikom siódemkę za siódemką. Żarcie miał wręcz nieprzyzwoite, czego ukoronowaniem i najbardziej namacalnym dowodem były wyciągnięte w ostatniej partii – na trzy dobierane litery – dwa blanki, które z bezczelnym uśmiechem od razu pokazał grającemu z nim Maćkowi.
Na kolejnej pozycji uplasował się Dominik, który sam na siebie ukręcił bicz, kiedy pokonał Mariolę w szybkiej partii przed rozpoczęciem turnieju. Wiadomo – odegrała się już w pierwszej rundzie. Chociaż uległ jeszcze Piotrkowi, więc – tak samo jak Rafał oraz Maciek - skończył turniej z trzema wygranymi, suma wyników wystarczyła mu, by zająć drugie miejsce.
Podium zamyka Rafał, który wyprzedził Maćka o sześć małych punktów, przegrywając z nim w bezpośrednim pojedynku. Musiała to być dla niego nielekka partia, bo komentarze wyraźnie uradowanego z wielkiego żarcia Maćka rozśmieszały nawet osoby dostające łomot przy sąsiednich stołach.
Niekwestionowanym mistrzem ostatniego turnieju okazał się Piotr, któremu nie wystarczył komplet pięciu zwycięstw, więc łapczywie zagarnął przy okazji trzy klubowe rekordy: najwyższą średnią małych punktów, największą ich ilość w grze oraz największą różnicę. Od samego początku wciskał przeciwnikom siódemkę za siódemką. Żarcie miał wręcz nieprzyzwoite, czego ukoronowaniem i najbardziej namacalnym dowodem były wyciągnięte w ostatniej partii – na trzy dobierane litery – dwa blanki, które z bezczelnym uśmiechem od razu pokazał grającemu z nim Maćkowi.
Na kolejnej pozycji uplasował się Dominik, który sam na siebie ukręcił bicz, kiedy pokonał Mariolę w szybkiej partii przed rozpoczęciem turnieju. Wiadomo – odegrała się już w pierwszej rundzie. Chociaż uległ jeszcze Piotrkowi, więc – tak samo jak Rafał oraz Maciek - skończył turniej z trzema wygranymi, suma wyników wystarczyła mu, by zająć drugie miejsce.
Podium zamyka Rafał, który wyprzedził Maćka o sześć małych punktów, przegrywając z nim w bezpośrednim pojedynku. Musiała to być dla niego nielekka partia, bo komentarze wyraźnie uradowanego z wielkiego żarcia Maćka rozśmieszały nawet osoby dostające łomot przy sąsiednich stołach.
„Król kiciarzy” zajął miejsce czwarte. Tym razem nie kitował, co – biorąc pod uwagę rozmiłowanie patrona turnieju w neologizmach – mogło zesłać Maćkowi niesprzyjające okoliczności i przyczynić się do braku koncentracji, który co jakiś czas go dopadał. Nie dość, że nie mógł położyć trzech siódemek z rzędu i nie udało mu się znaleźć zbyt prostej dziewiątki kONSERWA (położył ARSENOWi przechodzące przez zaledwie jedną potrójną premię), to dał sobie wcisnąć kit POSŁUCHANE. Za to blanki za Ź i Ń na pewno poprawiły mu humor. Mariola - z którą wreszcie udało mi się wygrać – na miejscu piątym, a goszczący u nas w tym tygodniu „debiutant” Wesul na szóstym (nie dość, że macak, to jeszcze kitował na całego – spadły mu BOŚĆ i TRYNIŁA). Mnie przypadła siódma pozycja, po części dzięki otrzymaniu bye’a, po części przez niemądry ruch w końcówce gry z Rafałem i jego skłonność do robienia niespodzianek. Wychodzi na to, że nie da się za jednym zamachem stuknąć matki i syna, ale wierzę, że i na ten tryumf przyjdzie kiedyś czas. Ósme miejsce przypadło Kamili, która w pierwszej partii ograła Maćka. Chociaż przeciwnik zdjął jej POTŁOCZY (a POTOCZYŁ?) i blokował, jak tylko się dało, a ona sama przeoczyła OTOCZYŁ/WY/IŁ na potrójnej premii, może spokojnie powiedzieć, że „Mała Kawka” jej służy.





