Słowa, liczby i paradoksy
Czyli gramy w scrabble po raz 25.
Ninieyszem mamy honor uwiadomić Prześwietnych Graczów – Białegłowy i Mężow tafelki literowe składaiących we słowa na tablicy scrabblownicą zwaney, iże nayrychleyszy turniey kompanii MATRIKS (11 Apryla Roku Pańskiego 2012) odbędzie się pod wezwaniem ImciPana Samuela Bogumiła Lindego herbu Słownik. Pomnijcież takoż, iże spotykamy się w nowem mieyscu – kawiarni „Mała Kawka”, wszelako o dawney porze – pół do siódmey przed zmierzchem.
Patron naszego kolejnego turnieju to postać niezwykła i do pewnego stopnia paradoksalna. Syn Szweda i Niemki, który do końca życia nie zdołał opanować w pełni mowy polskiej, przeszedł do historii jako twórca pierwszego słownika języka polskiego. Słownika jednojęzycznego, choć nie do końca. W pierwotnych planach miał bowiem Linde zamiar przygotować słownik niemiecko-polski. Namówiony przez swego protektora – Józefa Maksymiliana Ossolińskiego i grupę lingwistów, zmienił plany i postanowił stworzyć słownik pionierski – tylko polski. „Wyszedł mu” jednak słownik wielojęzyczny, gdyż większość haseł zawiera (nie do końca systematycznie) odpowiedniki w językach słowiańskich oraz kilku innych, głównie niemieckim.
Niepewność Lindego w kwestii znajomości polszczyzny, jego świadomość własnej niekompetencji, była także przyczyną nowatorskiego, na wskroś dzisiejszego, podejścia do materii słownika. W odróżnieniu od wcześniejszych i współczesnych mu słownikarzy Linde nie polegał bowiem na tzw. „intuicji leksykograficznej”, lecz gromadził przez 20 lat cytaty zaświadczające użycie każdego słowa; ich liczba w słowniku sięgnęła imponujących 200 tysięcy wybranych z niemal 850 tekstów napisanych na przestrzeni trzech wieków przez ok. 400 autorów. Nie oparł się jednak pokusie skracania, poprawiania czy wręcz preparowania cytatów, który to proceder do dziś jest przedmiotem gorących sporów wśród leksykografów. Największym grzechem jednak okazało się wymyślenie i zamieszczenie w słowniku ok. 5 tys. neologizmów (na 60 tys. wszystkich haseł), w miejscach, gdzie – jak uznał Linde – polszczyzna zawiera luki.
Słownik Lindego jest czterotomowy, lecz obejmuje... sześć woluminów. Otóż w prospekcie z 1804 r. autor zapowiedział wydanie słownika czterotomowego, a gdy rzeczywista objętość dzieła zaczęła przekraczać prognozy, chcąc dotrzymać słowa, po prostu podzielił tomy I i II na dwie części każdy. Linde nie tylko samodzielnie napisał cały słownik (udział jakichkolwiek pomocników pozostaje w sferze spekulacji), ale także sam go wydał i sprzedawał. Po części z powodu niezadowalających go warunków finansowych proponowanych przez wydawców, po części z powodu, że ciż wydawcy nie chcieli ryzykować samodzielnie wydania tak ogromnego i kosztownego dzieła. Linde wydrukował ostatecznie w latach 1807–15, przy wsparciu finansowym możnych i wpływowych protektorów, 1200 egzemplarzy słownika, jednak przez długi czas miał kłopoty z jego sprzedażą. Ostatecznie w rozprowadzeniu całego nakładu pomógł... władca jednego z państw zaborczych, car Aleksander I, który nakazał zakup słownika szkołom.
Patron naszego kolejnego turnieju to postać niezwykła i do pewnego stopnia paradoksalna. Syn Szweda i Niemki, który do końca życia nie zdołał opanować w pełni mowy polskiej, przeszedł do historii jako twórca pierwszego słownika języka polskiego. Słownika jednojęzycznego, choć nie do końca. W pierwotnych planach miał bowiem Linde zamiar przygotować słownik niemiecko-polski. Namówiony przez swego protektora – Józefa Maksymiliana Ossolińskiego i grupę lingwistów, zmienił plany i postanowił stworzyć słownik pionierski – tylko polski. „Wyszedł mu” jednak słownik wielojęzyczny, gdyż większość haseł zawiera (nie do końca systematycznie) odpowiedniki w językach słowiańskich oraz kilku innych, głównie niemieckim.
Niepewność Lindego w kwestii znajomości polszczyzny, jego świadomość własnej niekompetencji, była także przyczyną nowatorskiego, na wskroś dzisiejszego, podejścia do materii słownika. W odróżnieniu od wcześniejszych i współczesnych mu słownikarzy Linde nie polegał bowiem na tzw. „intuicji leksykograficznej”, lecz gromadził przez 20 lat cytaty zaświadczające użycie każdego słowa; ich liczba w słowniku sięgnęła imponujących 200 tysięcy wybranych z niemal 850 tekstów napisanych na przestrzeni trzech wieków przez ok. 400 autorów. Nie oparł się jednak pokusie skracania, poprawiania czy wręcz preparowania cytatów, który to proceder do dziś jest przedmiotem gorących sporów wśród leksykografów. Największym grzechem jednak okazało się wymyślenie i zamieszczenie w słowniku ok. 5 tys. neologizmów (na 60 tys. wszystkich haseł), w miejscach, gdzie – jak uznał Linde – polszczyzna zawiera luki.
Słownik Lindego jest czterotomowy, lecz obejmuje... sześć woluminów. Otóż w prospekcie z 1804 r. autor zapowiedział wydanie słownika czterotomowego, a gdy rzeczywista objętość dzieła zaczęła przekraczać prognozy, chcąc dotrzymać słowa, po prostu podzielił tomy I i II na dwie części każdy. Linde nie tylko samodzielnie napisał cały słownik (udział jakichkolwiek pomocników pozostaje w sferze spekulacji), ale także sam go wydał i sprzedawał. Po części z powodu niezadowalających go warunków finansowych proponowanych przez wydawców, po części z powodu, że ciż wydawcy nie chcieli ryzykować samodzielnie wydania tak ogromnego i kosztownego dzieła. Linde wydrukował ostatecznie w latach 1807–15, przy wsparciu finansowym możnych i wpływowych protektorów, 1200 egzemplarzy słownika, jednak przez długi czas miał kłopoty z jego sprzedażą. Ostatecznie w rozprowadzeniu całego nakładu pomógł... władca jednego z państw zaborczych, car Aleksander I, który nakazał zakup słownika szkołom.
Inny car, Mikołaj I, w uznaniu zasług Lindego nadał mu w 1826 r. herb szlachecki Słownik. I chociaż głównym powodem, dla którego nasz patron został nobilitowany, był Słownik języka polskiego, to na herbie widzimy... bukwy układające się w rosyjski wyraz СЛOΒO (słowo).
Sam Linde chyba za młodu nie mógł się spodziewać takiego wyróżnienia z rąk zaborcy, gdyż podczas insurekcji kościuszkowskiej, jako stronnik Hugona Kołłątaja, był rzecznikiem nieprzejednanej postawy wobec Rosjan i jednym z inicjatorów wieszania zdrajców. Potem mu przeszło...





