Niezły agent w MATRIKSIE, czyli…
Licencja na granie
MATRIKS wita w Nowym Roku i życząc wszystkim spektakularnych sukcesów nie tylko przy scrabble’owej planszy zaprasza na pierwszy tegoroczny turniej, którego patronem będzie… Bond. James Bond.
Zdziwieni? To co powiecie na to – James Bond urodził się 4 stycznia 1900 roku w USA, a konkretnie w Filadelfii. I nie miał nic wspólnego z tajną służbą Jej Królewskiej Mości. Posiadał natomiast licencję na zabijanie, chociaż w ograniczonym zakresie.
Namiętnie badał rurkonose (nawałniki, nurce i takie tam), blaszkodziobe (w tym skrzydłoszpony i kaczkowate), nie gardził też gołębiowatymi i innym ptactwem z podgromady Neornithes. Swoje ornitologiczne badania prowadził głównie w Ameryce Południowej i w rejonie Karaibów. Zaowocowały one wydaniem książki „Birds of the West Indies”.
Kilkanaście lat później były adiutant szefa Brytyjskiego Departamentu Wywiadu Marynarki Wojennej, niejaki Ian Fleming, siedział sobie na tarasie swojego domu na Jamajce i kombinował, jak by tu nazwać bohatera książki, nad którą pracował. W przerwach oddawał się swojemu hobby, którym było obserwowanie ptaków, a ponieważ trochę głupio spędzać kilka godzin na oglądaniu czegoś, nie wiedząc nawet jak to się nazywa (tutaj pozdrowienia dla wszystkich scrabblistów, wiadomo – znajomość znaczenia kładzionych słów nie jest sprawą priorytetową), to sięgnął po ornitologiczną biblię Karaibów – „Birds of the West Indies”. Przy okazji stwierdził, że nazwisko Bond brzmi całkiem nieźle, a James Bond to już prawdziwe szaleństwo.
„Uderzyło mnie, że to krótkie, nieromantyczne, anglo-saksońskie i do tego bardzo męskie nazwisko było tym, czego potrzebowałem, i tak narodził się drugi James Bond” – napisał później w liście do żony ornitologa. W ten sposób nazwisko amerykańskiego badacza ptaków stało się jedną z ikon popkultury.
Gdyby nie zastępy ornitologów pokroju Bonda, to słownik różnych scrabble’owych agentów byłby znacznie uboższy. A tak, możemy beztrosko kłaść na planszy petrele, fulmary, warugi, edredony, szlachary i inne strepety, ku utrapieniu i rozpaczy przeciwników.
W środę, 4 stycznia, okaże się, kto będzie wstrząśnięty, kto zmieszany (lub nie), a kto dzięki heroicznym czynom zostanie bohaterem wieczoru. Niech James Bond czuwa nad nami!
Zdziwieni? To co powiecie na to – James Bond urodził się 4 stycznia 1900 roku w USA, a konkretnie w Filadelfii. I nie miał nic wspólnego z tajną służbą Jej Królewskiej Mości. Posiadał natomiast licencję na zabijanie, chociaż w ograniczonym zakresie.
Namiętnie badał rurkonose (nawałniki, nurce i takie tam), blaszkodziobe (w tym skrzydłoszpony i kaczkowate), nie gardził też gołębiowatymi i innym ptactwem z podgromady Neornithes. Swoje ornitologiczne badania prowadził głównie w Ameryce Południowej i w rejonie Karaibów. Zaowocowały one wydaniem książki „Birds of the West Indies”.
Kilkanaście lat później były adiutant szefa Brytyjskiego Departamentu Wywiadu Marynarki Wojennej, niejaki Ian Fleming, siedział sobie na tarasie swojego domu na Jamajce i kombinował, jak by tu nazwać bohatera książki, nad którą pracował. W przerwach oddawał się swojemu hobby, którym było obserwowanie ptaków, a ponieważ trochę głupio spędzać kilka godzin na oglądaniu czegoś, nie wiedząc nawet jak to się nazywa (tutaj pozdrowienia dla wszystkich scrabblistów, wiadomo – znajomość znaczenia kładzionych słów nie jest sprawą priorytetową), to sięgnął po ornitologiczną biblię Karaibów – „Birds of the West Indies”. Przy okazji stwierdził, że nazwisko Bond brzmi całkiem nieźle, a James Bond to już prawdziwe szaleństwo.
„Uderzyło mnie, że to krótkie, nieromantyczne, anglo-saksońskie i do tego bardzo męskie nazwisko było tym, czego potrzebowałem, i tak narodził się drugi James Bond” – napisał później w liście do żony ornitologa. W ten sposób nazwisko amerykańskiego badacza ptaków stało się jedną z ikon popkultury.
Gdyby nie zastępy ornitologów pokroju Bonda, to słownik różnych scrabble’owych agentów byłby znacznie uboższy. A tak, możemy beztrosko kłaść na planszy petrele, fulmary, warugi, edredony, szlachary i inne strepety, ku utrapieniu i rozpaczy przeciwników.
W środę, 4 stycznia, okaże się, kto będzie wstrząśnięty, kto zmieszany (lub nie), a kto dzięki heroicznym czynom zostanie bohaterem wieczoru. Niech James Bond czuwa nad nami!
Autor: Rafał Matczak





