V Turniej 'U Artystek' im. Harpo Marksa
Pierwszy pod wezwaniem
Jest rok 1937. W Stanach Zjednoczonych ma miejsce premiera kolejnego filmu braci Marx „Dzień na wyścigach”... Tymczasem 18-letni mieszkaniec Seattle Johnny Hendrix jeszcze nie zna 12-letniej wówczas Lucille Jeter, pozna ją dopiero za cztery lata na zabawie tanecznej. I z tego związku narodzi się nie kto inny jak Jimi Hendrix. Podobnie w odległej Wielkiej Brytanii 20-letni początkujący saksofonista jazzowy Cliff Townshend nie zna jeszcze 14-letniej, późniejszej śpiewaczki, Betty Dennis. Spotkają się kilka lat później, a kilkanaście dni po zakończeniu II wojny światowej przyjdzie na świat ich pierworodny syn – Pete Townshend. Ba, w 1937 roku nie było jeszcze na świecie ani Wendy Fradenburg, ani Donalda Cobaina; urodzą się dopiero za siedem lat, a gdy się poznają i pobiorą, w 1967 roku urodzi się ich syn – Kurt Cobain.
Co łączy Townshenda, Hendriksa i Cobaina? Oprócz nie podlegającego dyskusji wkładu w rozwój muzyki rockowej – specyficzne traktowanie instrumentów muzycznych, zarówno własnych, jak i kolegów z zespołu. Pete Townshend pod koniec koncertów The Who rozwalał „w drebiezgi” swoją gitarę, podczas gdy perkusja Keitha Moona eksplodowała, Jimi Hendrix po zagraniu kilku solówek na plecach i w pozycji klasycznej, ale np. zębami, gitarę podpalał, a Cobain niszczył, co się dało, ze szczególnym upodobaniem nurkując w zestaw perkusyjny Dave'a Grohla.
Wtajemniczeni twierdzą, że pierwszy był Townshend, zresztą prekursorem został dość przypadkowo, gdy podczas jednego z koncertów uderzył gryfem gitary w niski sufit, po czym już z premedytacją dokończył dzieła zniszczenia (gitary, nie sufitu).
Ale pora rozwiać ten mit o pierwszeństwie! Spójrzmy, co potrafił zrobić w 1937 roku Harpo Marx, i to z jakim instrumentem! Cześć jego pamięci! Schowajcie się, nieudolni epigoni...
23 listopada na piątym turnieju w klubie MATRIKS, pierwszym (ale nie ostatnim), któremu postanowiliśmy przydzielić patrona, obyło się bez triumfalnego przełamywania stojaków, podpalania plansz i desperackiego rzucania woreczkami po sali (choć autor miał na to sporą ochotę, gdy podczas partii z Dominikiem po zagraniu z układu DDIJYZ* DEJ/AD/OJ wyrzucającego D i J, dolosował... D i J). Ale wszystko przed nami ;)
Z przyjemnością gościliśmy w klubie Dorotę Maciejuk i Dominika Urbackiego. Szczególnie sympatycznie wspominamy wizytę Doroty, która postanowiła chyba urządzić przedterminowe mikołajki i w końcówkach dwóch, a może i trzech partii – mimo wcześniejszej świetnej gry – obdarowała przeciwników zwycięstwami ;)
Przy okazji zapraszamy wszystkich, którym choć nieco po drodze, do odwiedzania nas.
Jednak od początku ton rywalizacji nadawali: Mariola, kontynuująca świetną passę z Turnieju Towarzyszącego XIX MP, i Maciek. Dwie ostatnie rundy miały decydować o zwycięstwie w turnieju. W 5. rundzie Mariola wygrała z Maćkiem 403:307 i wyszła na prowadzenie, mając jeden duży i 109 małych punktów przewagi. W ostatniej rundzie jednak Maciek koncertowo, szybko wyłowił oba blanki, położył to, co trzeba, i pilnował ponad stupunktowej przewagi. Ostatecznie wygrał partię 466:336 i cały turniej.
Wyniki turnieju
PS Następnego dnia cały muzyczny świat obchodził 20. rocznicę śmierci Freddiego Mercury'ego. Przy tej okazji w jednym z artykułów wspomnieniowych natknąłem się niespodziewanie na następujący fragment:
Co łączy Townshenda, Hendriksa i Cobaina? Oprócz nie podlegającego dyskusji wkładu w rozwój muzyki rockowej – specyficzne traktowanie instrumentów muzycznych, zarówno własnych, jak i kolegów z zespołu. Pete Townshend pod koniec koncertów The Who rozwalał „w drebiezgi” swoją gitarę, podczas gdy perkusja Keitha Moona eksplodowała, Jimi Hendrix po zagraniu kilku solówek na plecach i w pozycji klasycznej, ale np. zębami, gitarę podpalał, a Cobain niszczył, co się dało, ze szczególnym upodobaniem nurkując w zestaw perkusyjny Dave'a Grohla.
Wtajemniczeni twierdzą, że pierwszy był Townshend, zresztą prekursorem został dość przypadkowo, gdy podczas jednego z koncertów uderzył gryfem gitary w niski sufit, po czym już z premedytacją dokończył dzieła zniszczenia (gitary, nie sufitu).
Ale pora rozwiać ten mit o pierwszeństwie! Spójrzmy, co potrafił zrobić w 1937 roku Harpo Marx, i to z jakim instrumentem! Cześć jego pamięci! Schowajcie się, nieudolni epigoni...
23 listopada na piątym turnieju w klubie MATRIKS, pierwszym (ale nie ostatnim), któremu postanowiliśmy przydzielić patrona, obyło się bez triumfalnego przełamywania stojaków, podpalania plansz i desperackiego rzucania woreczkami po sali (choć autor miał na to sporą ochotę, gdy podczas partii z Dominikiem po zagraniu z układu DDIJYZ* DEJ/AD/OJ wyrzucającego D i J, dolosował... D i J). Ale wszystko przed nami ;)
Z przyjemnością gościliśmy w klubie Dorotę Maciejuk i Dominika Urbackiego. Szczególnie sympatycznie wspominamy wizytę Doroty, która postanowiła chyba urządzić przedterminowe mikołajki i w końcówkach dwóch, a może i trzech partii – mimo wcześniejszej świetnej gry – obdarowała przeciwników zwycięstwami ;)
Przy okazji zapraszamy wszystkich, którym choć nieco po drodze, do odwiedzania nas.
Jednak od początku ton rywalizacji nadawali: Mariola, kontynuująca świetną passę z Turnieju Towarzyszącego XIX MP, i Maciek. Dwie ostatnie rundy miały decydować o zwycięstwie w turnieju. W 5. rundzie Mariola wygrała z Maćkiem 403:307 i wyszła na prowadzenie, mając jeden duży i 109 małych punktów przewagi. W ostatniej rundzie jednak Maciek koncertowo, szybko wyłowił oba blanki, położył to, co trzeba, i pilnował ponad stupunktowej przewagi. Ostatecznie wygrał partię 466:336 i cały turniej.
Wyniki turnieju
Autor: Maczu
PS Następnego dnia cały muzyczny świat obchodził 20. rocznicę śmierci Freddiego Mercury'ego. Przy tej okazji w jednym z artykułów wspomnieniowych natknąłem się niespodziewanie na następujący fragment:
Tytuły albumów „A Night At The Opera” i „A Day At The Races”, były hołdem złożonym braciom Marx, których podszyty kontrolowanym szaleństwem zbiorowy geniusz sprawiał, że to, co wydawało się niemożliwe, stawało się możliwym. Te filmy (m.in. „Noc w operze” i „Dzień na zawodach” – przyp. jr) miały wspaniałą atmosferę – wspomina May.





